Jak działa finansowanie badań rozwojowych dla high-techu w Polsce, opowiem na swoim przykładzie.
Przed dwoma laty złożyliśmy aplikację do Funduszy Europejskich na 3.8 mln zł na wyrafinowane urządzenie do trawienia plazmowego i nakładania warstw izolacyjnych.
Poprzednia ekipa rządząca, na odchodnym zdecydowała się "pieniądze w końcu puścić". Rozpisaliśmy przetarg, który po dwóch miesiącach wygrała renomowana firma angielska X. Niestety, przegrana malutka, ale agresywna, firma Y ze wschodnich Niemiec, oprotestowała wynik, bo firma X złożyła niepoświadczone podpisy i dała w ofercie warianty pewnego rozwiązania technicznego do wyboru (co jest niezgodne z durnymi przepisami!). Procedura odwoławcza potrwa najprawdopodobniej kilka miesięcy.
W rezultacie, jak dobrze pójdzie, urządzenie będziemy mieli po 3 latach, a też nie jest jasne, czy niewykorzystane pieniądze nie będą musiały być zwrócone do Brukseli wcześniej.
Jest takie powiedzenie "czas to pieniądz". Nigdzie indziej nie sprawdza się tak dobrze, jak w high-techu. Dobrze byłoby, gdyby Ci, co nami rządzą, mieli to na uwadze.
A tak na marginesie, robienie przetargów na urzadzenia technologiczne do B+R to absurd do potęgi.
Przy tak unikalnej aparaturze (roczna światowa produkcja to zaledwie kilka sztuk), liczą się w dużej mierze rzeczy niekwantyfikowalne, na przykład, opinia kolegi z Niemiec, czy możliwość transferu kno-how z laboratorium w USA, które ma takie, a nie inne urządzenie. A w przetargu, nie ma takiej opcji, aby odejmować punkty za to, że, na przykład, komuś dane urzędzenie psuje się co miesiąc.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)