Policzmy, ile powinna kosztować miesięczna edukacja jednej klasy dwudziestoosobowej w szkole podstawowej, gimnazjum, czy ogólnokształcącej:
Pensja z narzutami jednego nauczyciela: 8 000 zł (z czego nauczyciel dostanie do ręki połowę, a przy obniżeniu kosztów pracy, więcej).
Koszt wynajęcia sali 100 m2: 3000 zł (w Warszawie, gdzie indziej dużo taniej).
Koszt pomocy naukowych: 1000 zł
W sumie 12 000 zł, czyli 600 zł na ucznia. Sporo, jak na kieszeń kogoś, kto ma czwórkę dzieci.
Ile płacimy teraz? Około 3500 zł na ucznia rocznie, czyli około 300 zł miesięcznie. Co najmniej dwa razy za mało.
Rachunki są robione metodą „sufitową”, ale „order of magnitude” się zgadza, bo nauczyciel dostaje pensję o połowę mniejszą, sal się nie wynajmuje, tylko ma, a na remonty wydaje się minimalnie. Pomocy naukowych też się nie kupuje, a w klasie jest 30 dzieci.
Wtedy, jak liczymy 3000 zł (pensja z narzutami nauczyciela) : 30 = circa 100 zł.
A pozostałe 200 zł?
Skąd jednak wziąć kasę? Dwukrotne podniesienie budżetu oświaty oznaczałoby konieczny wzrost podatków. Tego robić nie chcemy. Wręcz przeciwnie, podatki chcielibyśmy obniżać.
Czyli co zrobić?
Czekam na dobre pomysły...
Najlepsze zostaną nagrodzone intratnymi stanowiskami w moim Ministerstwie. :-)


Komentarze
Pokaż komentarze (19)