Jak napisałem wcześniej, na tzw. „art” przeznaczone byłoby 2 godziny dziennie. Jaki byłby cel tych lekcji?
Po pierwsze primo, nauczyć dzieci umiejętności wypowiedzi w piśmie i mowie. Wystarczy obecnie wziąć dowolny tekst napisany przez młodego (starego też!!!) człowieka, aby popaść w wielką frustrację. Po trosze bierze się to z tego, że ludzie nie bardzo wiedzą, co chcą w swoim tekście przekazać czytelnikom, ale też umiejętności tego przekazywania są na ogół znikome. Zupełna rozpacz człowieka ogarnia, kiedy widzi różnicę w umiejętności werbalnej komunikacji między Polakiem, a np., Holendrem. Dotyczy to zarówno dyskusji, jak i prezentacji np., seminarium. Ale mały Holender od przedszkola występuje przed swoją klasą, mając za zadanie, na przykład, opisanie jakiegoś zwierzątka. I opis ten nie może być nudny, trzeba opowiedzieć jakąś dykteryjkę, a także mieć przygotowane różne ciekawostki na temat chomika, wilka, czy misia koala.
Po drugie primo, młody człowiek musi nauczyć się czytać. To, co się stało w ostatnich latach, jest wręcz koszmarne. Zalew najrozmaitszych streszczeń i bryków spowodował, że Dzieci książek nie czytają. Piszę o tym, „bom smutny i sam pełen winy”, jako że sam żadnych „Chłopów”, czy „Nad Niemnem” nie czytałem (tylko przedwojenne bryki mojej Mamy- studentki polonistyki), a moje Dzieci poszły niestety w moje ślady. Ale, jak sami możecie wywnioskować (np., z tego tekstu), składanie wyrazów w całość idzie mi nieporadnie. :-) . Jak „zmusić” Dzieci do czytania książek? Na pewno zestaw lektur powinien być dużo ciekawszy niż obecnie. Ale to chyba nie wystarczy. Książka może i tak przegrać z grami komputerowymi. Po głowie mi jednak chodzi, że dobry nauczyciel powinien się łatwo zorientować, czy uczeń czytał książkę, czy bryka...
Po trzecie primo, Dzieciom należy przedstawić najrozmaitsze światopoglądy i systemy wartości, z których, już jako dorośli, będą sobie mogły wybrać najbardziej Im odpowiadający. Dla uniknięcia dominującego wpływu Nauczyciela, na takie lekcje zapraszałbym księdza, Magdalenę Środę, imama, bioetyka, kreacjonistę, ewolucjonistę, a nawet geja (w starszych klasach). Niech pojawi się kwestia pochodzenia moralności, co ona oznacza, dlaczego nie powinniśmy kraść albo cudzołożyć (a może powinniśmy). Ważne jest, aby światopogląd Dzieci pojawił się nie jako narzucony przez „mądrzejszego” nauczyciela, księdza, czy wojującego ateistę, tylko powstał na drodze dyskusji i z czytania książek Fukuyamy, Dawkinsa, Tischnera, i innych.
Po czwarte primo, nauczmy Dzieci obcowania ze Sztuką, zarówno jako Odbiorcy, jak i Twórcy. Żyjemy w Polsce, więc dobrze byłoby, gdyby młody Polak umiał zaśpiewać „My, pierwsza brygada”, znał obrazy Fałata, widział filmy Wajdy („Ziemia obiecana”!!!), śmiał się na sztukach Mrożka. Ale oczywiście, dobrze byłoby także, gdyby Młody Człowiek wolał sobie w pokoju powiesić obraz (plakat) Van Gogha, a nie zdjęcie wulgarnej gwiazdki rockowej. Filmy takie, jak „Lot nad kukułczym gniazdem”, czy „Rain man”, powinny być w obowiązkowym zestawie „lektur filmowych”. Jednocześnie, nic tak nie „uduchawia” człowieka, jak własna twórczość. Szkoła powinna być miejscem, gdzie każde Dziecko śpiewa (gra na jakimś instrumencie?), maluje, pisze wiersze i wystawia własne sztuki, w których grają koleżanki i koledzy. Utopia? Wierzę, że nie!!!
O ile w przypadku lekcji „science” godziłem się (niechętnie, z oszczędności, wprowadzając dużo zajęć z komputerem) na klasy 40 osobowe, tak w przypadku „art” 20-oro Pupilów jest absolutnym maksimum. I żadnego siedzenia w ławkach ustawionych w rzędach, tylko wokół okrągłego stołu, tak aby Uczniowie mogli swobodnie dyskutować. Czasem dyskusję powinien prowadzić Nauczyciel, czasem sami Uczniowie (bo prowadzenie dyskusji to wielka sztuka, której się trzeba długo uczyć!).
Jak tak sobie myślę, to czasem żałuję, że się nie urodziłem później, już po hazelhardowej reformie edukacji? Bym chodził do tej szkoły z wielką przyjemnością...





Komentarze
Pokaż komentarze (9)