Kontynuuję moją wirtualną reformę edukacji.
Zapowiedziałem już wcześniej, że przy końcu każdej klasy (od pierwszej do dwunastej) byłby ogólnopolski sprawdzian internetowy z przedmiotów humanistycznych, ścisłych i angielskiego. Zdanie egzaminu warunkowałoby przejście do następnej klasy.
Jako, że każde dziecko byłoby podłączone on-line do internetu, trudność techniczna nie byłaby zbyt wielka.
Jaka byłaby korzyść z takich egzaminów?
Po pierwsze primo, rodzice dowiedzieliby się, co warte jest nauczanie w danej szkole.
Po drugie primo, właściciele szkół dowiedzieliby się, co warci są nauczyciele w ich szkołach.
Po trzecie primo, wyselekcjonowane zostałyby dzieci genialne, a także specjalnej troski. Te pierwsze powinny dostać duchowych opiekunów z uniwersytetów i instytutów naukowych, te drugie specjalnych korepetytorów.
Internetowy egzamin miałby taką zaletę, że byłby interaktywny. Zadań z matematyki na zaliczenie mogłoby być np., 10, ale dla geniuszy i 50.
Byłby także naprawdę obiektywny, bo teraz piątka w Zamoyskim wcale nie musi odpowiadać piątce w Jose Marti (takie licea w Warszawie).
Po wynikach egzaminów, rodzice wiedzieliby, gdzie kierować swoje pociechy, a właściciele szkół wiedzieliby komu dawać premie, a kogo zwalniać z pracy.
Na samo zakończenie szkoły, egzamin mógłby być nieco ostrzejszy (matura), dla łatwiejszej rekrutacji na studia.
Amen.





Komentarze
Pokaż komentarze (9)