Na naukowca wydaje podatnik dużo (w cywilizowanych krajach!) pieniędzy. Warto spytać, po kiego grzyba?
Ano, po pierwsze primo, bo warto mieć ludzi bardzo mądrych. Warto móc spytać, czy mieszkanie w odległości 100 m od linii wysokiego napięcia szkodzi, czy nie. Czy picie herbaty razem z antybiotykiem jest niebezpieczne, czy nie? Czy religijność wzmaga agresję, czy wręcz przeciwnie?
Po drugie primo, chcielibyśmy mieć ludzi wykształconych, żeby inżynier budował bezpieczną drogę, a lekarz nie przepisywał nam szkodliwych fernepiksów. Nauczyć ich dobrze fachu może tylko bardzo dobry naukowiec.
Po trzecie primo, chcemy zarabiać duże pieniądze, a te są najłatwiej (!!!) osiągalne poprzez high-tech, który mogą tworzyć tylko naukowcy.
Czy polski naukowiec spełnia nadzieje podatnika?
Na pewno nie. Sytuacja ta zresztą bardzo mi przypomina dowcip z czasów socjalizmu: „Ludzie udają, że pracują, a PRL udaje, że im płaci”. Dokładnie tak samo jest teraz z polskimi naukowcami.
Co zrobić, aby uratować polską naukę, która za chwilę przestanie istnieć, jak obecne pokolenie (ostatnie w polskiej nauce!) pięćdziesięciolatków odejdzie na emeryturę, i w ciągu najbliższych kilkunastu lat nie wykształcimy nowej kadry naukowców?
Jak zwykle, moim remedium na nasze bolączki jest prywatyzacja.
Ale o tym w następnych notkach, bo co za dużo, to niezdrowo…





Komentarze
Pokaż komentarze (7)