Jest to nawiązanie do niedawnego pocięcia nożem gimnazjalistki przez własną koleżankę. W Krakowie, ale akurat miejsce nie ma tu większego znaczenia. Jeśli komuś tytuł notki skojarzy się z dziełami marxistuw- futurystuw, a dodatkowo być może z filmem "Un chien andalou" to słusznie. Też chodzi mi o pewną prowokację, bo rzecz jest naprawdę ważna.
Z braku miejsca pomijam tu dość ciekawy, ale drugorzędny, wątek prawny, podobno bowiem nożowniczkę przyjęto do gimnazjum bez zaznajomienia się ze świadectwem (napisanym po angielsku), czyli z opinią o uczniu ze szkoły poprzedniej. Jeżeli było tam napisane, że uczennica jest agresywna (...i lubi posługiwać się nożem na lekcjach) to dyrektor(ka) gimnazjum powinna niestety beknąć...
Chodzi mi o coś innego, o niektóre komentarze typu "co się w tych szkołach DZIŚ wyprawia!". Otóż NIEPRAWDA!!! Nie DZIŚ. ZAWSZE! ZAWSZE takie rzeczy się działy w szkołach. Na szczęście dziś zaczyna się o tym mówić głośno. Na nieszczęście natomiast nikt nie ma odwagi tego zmienić.
...ZAWSZE?! Ewentualny czetelniku tego tekstu możesz być zaskoczony, a nawet oburzony tym słowem. Otóż ZAWSZE odkąd sięgam pamięcią, czyli (niestety...) dobre pół wieku wstecz, ale domyślam się że wcześniej było podobnie. Czyli krew się lała po szkolnych korytarzach. Prawda że zwykle krew lała się raczej w przenośni, ale pobicia były i są i będą codziennościa szkół publicznych we wszystkich cywilizowanych krajach. Pobicia które w świcie dorosłych byłyby ścigane przez policję, a niekiedy nawet karane przez sądy. W świecie dzieci przemoc jest praktycznie bezkarna.
Nieprzekonanych o tym, że przemoc band młodzieżowych istniała od zawsze, odsyłam do obowiązkowej lektury dzieł Charlesa Dickensa. A nadobowiązkowo do wnikliwej lektury "Ani z Zielonego Wzgórza", a to dlatego iż książka ta uchodzi za najbardziej wylukrowany i wysłodzony opis dzieciństwa (i szkoły w związku z tym też). Co jest oczywiście nieporozumieniem, bo L.M.M. była w swoim czasie krytyczną reformatorką szkolnictwa jednoklasowego, czyli takiego jakie opisała w "Ani...", czyli takiego gdzie do jednej klasy chodziła ośmioletnia dzieweczka i osiemnastoletni bysior. Otóż pierwsze 4 księgi, lukrowane zapewne są, bo takie były dawniej książki dla dorastających panienek, ale dalsze cztery niejednego mogą zadziwić. Jak choćby scena napasci na kilkuletnią córkę Ani przez bandę blokersów. Bynajmniej nie w Nowej Hucie, tylko na sielskiej, anielskiej Wyspie Edwarda. Albo wycisk jaki dostała od dzieci lokalnych prominentów sama Ania (już jako nauczycielka). Co prawda kosza na śmieci na głowę jej nie wkładano, ale może dawniej nie było koszy na śmieci w klasach.
I na tym na razie kończę, gdyż za oknem weekend się już zbliża, ale że temat mnie mocno poruszył, postaram się go dokończyć w przyszłym tygodniu. Będzie głównie o prawach ucznia (dlatego to wkładam do działu POLITYKA), ale nie tak jak myślicie, ale właśnie na odwrót.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)