hebi hebi
88
BLOG

Nuż w tważy cz. III

hebi hebi Polityka Obserwuj notkę 0

Teraz niech będzie o gitowcach...

Mam wrażenie, że gitowcy są o wiele, o wiele mniej znani niż późniejsze punki i skiny, jak również wcześniejsi hipisi, chuligani, a nawet antyczni bikiniarze. Moim pierwszym zamiarem było więc przypomnienie (w zastępstwie IPN) o tym kawałeczku polskiej historii. A przy okazji potwierdzenie mojej ryzykownie postawionej w części I tezy, że przestępczość w szkole ("państwowej") była od zawsze. Ale kiedy zacząłem sobie odświeżać wspomnienia i kojarzyć pewne fakty, sprawa gitowców okazała się być i bardziej skomplikowana i bardziej poważna niż sądziłem.

Zacznę od definicji (oczywiście za Wikipedią...): "Gitowcy, git- ludzie- kontrkultura młodzieżowa, istniejąca w latach 70. w Polsce".Lata 70.- to się zgadza. Polska? Chyba nie tylko, mam wrażenie że w ZSRR i w KDL-ach było coś podobnego, ale o to mniejsza. Młodzieżowa? niech będzie, wiek się zgadza. (Kontr)kultura? To już wątpię. Wyznacznikiem kontrkultur młodzieżowych zazwyczaj była muzyka (przynajmniej dawniej). Nie kojarzę gitowców z konkretną muzyką... "Balu na Gnojnej" w ich wykonaniu nie słyszałem, a na zdrowy rozum to właśnie powinna być ich muzyczka- folk wiejski był wtedy bardzo popierany, folk miejski co prawda już nieco mniej. Fakt natomiast, iż gitowcy mieli pewne dokonania w zakresie lingwistycznym- poprzez upowszechnienie grypsery. Co warto zauważyć opartej na jidysz, a nie na językach anglo- amerykańskich jak wszystkie "normalne" kontrkultury. Ale slangu zbliżonego do grypsery na przedmieściach używano już przed wojną... więc rzecz jest dyskusyjna.

Generalnie każde słowo w definicji w miarę się zgadza, więc o co chodzi? Otóż chodzi o sformułowanie kontrkultura młodzieżowa. Oznacza ona (to już moja radosna twórczość...) młodych, gniewnych tworzących swój świat wbrew zamierzeniom ojców i dziadów. Gitowcy bynajmniej nie byli wbrew. Gardzili "wapnem"- to prawda, ale w świecie dorosłych nieźle się czuli. Zaskakujące chociażby jest ich poważanie władzy, niezwykłe przecież dla "normalnej" młodzieży . Wszelkiej władzy, nie tylko szefa gangu, nie tylko komendanta poprawczaka, ale również dyrektora szkoły, czasem nawet zwykłego wychowawcy.

W praktyce wyglądało to tak: w szkole gitowcy spuszczali manto "rusce", ta zapłakana szła do dyrektorki ze skargą, ta z kolei wchodziła do klasy z groźną miną. Obwiniony gitowiec stawał na baczność i z wyrazem absolutnego szacunku na twarzy wyjaśniał dyrektorce, że nic się nie stało, że wszystko jest w najlepszym porządku, no może ktoś, coś zażartował, ale to nigdy więcej się już nie powtórzy. I wszystko wracało do normy, oczywiście "rusce" spuszczano jeszcze większe manto i tak przez parę ładnych lat to się kręciło. Sądziłem wtedy, że winna jest ślepota i głupota dyrektorki i innych nauczycieli. Wczoraj mi przyszło do głowy, że bynajmniej nie...

Gitowcy dawali dyrekcji szkoły rzecz bezcenną: dyscyplinę wśród uczniów. Po wielu latach programowej, a bezskutecznej walki nauczycieli z długowłosymi wyjcami, gitowcy błyskawicznie dokonali stosownej pacyfikacji, tłukąc bezlitośnie wszelkich frajerów. Oczywiście po kilku latach zorientowano się wreszcie, że pożar gaszono benzyną, ale szkoda okaza się nieodwracalna. Sami gitowcy zniknęli, być może po prostu wymarli śmiercią naturalną. W normalnych warunkach życie szkolne wróciłoby może do jakieś normy w miarę do zniesienia i dla uczniów i dla nauczycieli i dla rodziców... Niestety, akurat w tym samym czasie, czyli w latach 70-tych, zaczęto wprowadzać do szkół reformy... Z jednym wrogiem da się jeszcze wygrać, z dwoma niestety nie...

Czyli część czwarta musi być o światłych reformach szkolnych ministra Kuberskiego... Ale obiecuję, że piąta będzie już (prawie na pewno) o prawach uczniów.

hebi
O mnie hebi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka