Blog
Carthago delenda est
Rolex
Rolex A ostrzegałem, Wołodia
526 obserwujących 825 notek 2877772 odsłony
Rolex, 29 września 2010 r.

CO BY TU JESZCZE SPIEPRZYĆ PANOWIE, CO BY TU JESZCZE?

 

Do tej pory w zasadzie nie zabierałem się za chociażby próbę zrekonstruowania szczegółów pułapki smoleńskiej. Dzisiaj postanowiłem ogólny zarys przedstawić.

Niestety, z braku możliwości oceny technicznych aspektów tragicznego zdarzenia, nie potrafię przedstawić wyjaśnienia co stało się w Smoleńsku, spróbuję opisać, co miało się stać.

I to powyższe stwierdzenie prezentuje główną hipotezę mojej wersji wydarzeń, to znaczy, że istniał plan zamachu, ale się nie powiódł. Gdyby się powiódł, hipotezy dotyczące zamachu byłyby nieweryfikowalne

Wszelkie dane techniczne czerpałem z prac wielu naszych kolegów, ostatecznie inspiracją do podjęcia ryzyka przedstawiania fragmentu układanki stały się wpisy ndb2010, rexturbo i dzisiejszy – zapiwniczonych (i wiele, wiele innych).

Smoleńska pułapka” była prosta i dlatego – jeśliby się powiodła, praktycznie nie do wykrycia.

Opierała się tym, na czym Rosjanie często opierali swoje sukcesy w roli asasynów. Na zaskoczeniu.

Świat przyjmuje (błędnie, ale dlaczego to już inna para kaloszy), że Rosja jest krajem cywilizowanym.

Dlatego nikomu nie przyjdzie do głowy, że Rosja może chcieć prowadzić swoją politykę przy pomocy zabójstwa 96 osób, w tym prezydenta, generalicji sąsiedniego kraju, na swoim terytorium.

Przy tym prawie nikt nie ma wątpliwości, że to nie moralne opory rosyjskich władz wykluczają taki scenariusz, ale skutki w polityce międzynarodowej, z którymi Rosja musiałaby się zmierzyć, gdyby taki plan zechciała zrealizować.

A co, jeśli częścią planu był brak reperkusji międzynarodowych?

A z jakiego powodu?

Ponieważ pułapka miała być doskonała. I ponieważ p.Klich miał dostać telefon, miał uzgodnić Konwencję Chicagowską jako podstawę badań, rząd polski miała na nią przystać, prokuratorzy mieli uczestniczyć, obserwatorzy stron trzecich mieli być zapraszani i mieli obejrzeć idealny wypadek lotniczy, wszyscy mieli bez wątpliwości i w zgodzie z sumieniem podpisać protokoły...

A jak wyglądała sama pułapka?

Prosto. Była mgła. Mgła się zdarza, a jeśli akurat się nie zdarzy to wiemy, że można ją wytworzyć w dużych ilościach od lat czterdziestych ubiegłego wieku. To nie jest problem.

Pilot musiał nie mieć cienia podejrzeń, że wieża może go w tej mgle naprowadzić na drzewa.

Nie miał, bo dlaczego miał mieć? Podobnie jak większość ludzi uważał, że będzie lądował w kraju cywilizowanym.

Dlaczego lądował we mgle; dlaczego zszedł poniżej wysokości decyzji, skoro nie widział lotniska?

Bo widział lotnisko. Widział dwa APM-y i – prawdopodobnie szereg „lampoczek „ wzdłuż pasa.

Pilot w nocy tez nie widzi pasa. Widzi światła.

A czy mógł zacząć coś podejrzewać? Nie, nie miał szans, bo o istnieniu bramki poinformowała go i wieża i kolega z pułku, pilot Jak-a.

Pilot Jak-a podał mu nawet odległość od pasa, w której „ustawili” APM-y (200 m od pasa).

Dodatkowo „po ścieżce i kursie” prowadziła go wieża. Ponadto lotnisko było wojskowe, pilot był żołnierzem, a na wieży był wysoki oficer w stopniu pułkownika. Dlaczego miał im nie ufać?

Pilot Tu-154 wylądował precyzyjnie i dokładnie tam, gdzie powinien, wedle swojej najlepszej wiedzy. Wylądował 200 m za APM-ami na PASIE LOTNISKA W SMOLEŃSKU, prawdopodobnie widząc nawet rząd świateł wyznaczających pas*

Metry nad ziemią zorientował się, że zderza się z lasem.

I powinien, według planu, w ten las uderzyć.

Ale tu był problem. Bo – jak wiemy, Tu-154, który uderza w las z prędkością podchodzenia do lądowania niekoniecznie rozpada się na części wielkości pinezki. Niekoniecznie również osiąga makabryczny wynik 96-96.

A ten, jak było wspomniane powyżej, MUSIAŁ taki wynik osiągnąć . Musieli zginąć wszyscy, by nie przeżyli ci, którzy mieli zginąć. I musiała zginąć cała załoga (wszyscy w kokpicie), by nie było świadków.

Ale jak mieć absolutną pewność, że nikt nie przeżył i jednocześnie nie zostawić śladów?

Odpowiedź: najlepszy jest wybuch paliwa. Lotniczego.

A jeśli paliwa jest za mało, by wybuch był aż tak potężny, by mieć absolutną pewność, że nikt nie przeżył?

Trzeba go dowieźć.

I tym należny tłumaczyć cudowne „rozmnażanie” się paliwa w baku Tupolewa w stenogramach**, TYM WŁASNIE można również tłumaczyć informację BORT-a: „zakończyłem zrzut”.

Rusycyści wyjaśniali, że taka informacja oznacza albo zrzut skoczków albo paliwa. Skoczków z ośmiu metrów przy tej prędkości się nie zrzuca.

A więc zostaje paliwo.

To była chyba najtrudniejsza cześć operacji. Rosyjski statek musiał zrzucić paliwo TUŻ przed zmierzającym prosto w zbocze wąwozu Tupolewem przelatując tuż przed nim i poniżej jego ścieżki zejścia.

Ściął linię energetyczną, ale udało się.

O włos. Odszedł z FAŁSZYWEJ DROGI podejścia na lotnisko (znając faktyczną pozycję ATM-ów), bujnął się nad pasem i odleciał w nieznane.***

A czemu kołował tyle czasu nad lotniskiem przez zrzutem? Czekał. Nie mógł zrzucić paliwa zbyt wcześnie.

W jaki sposób dokonać zapłonu ton paliwa lotniczego w lesie w szczegółach nie wiem, ale zakładam, że to banalne i nie zostawia śladów. Myślę, że można liczyć na samozapłon.

Ale to było o tym, jak miało być. A było inaczej. Dlaczego?

Bo pilot polskiego Tu-154 okazał się bardzo dobrym pilotem dlatego poderwał maszynę i odszedł.

A co stało się dalej?

Dalej wiemy, że nie odszedł skutecznie, a odpowiedzi na to dlaczego chyba nie poznamy, bo nie ma już tych drzew, ani wraku, ani pilota.

Możemy sobie wyobrażać, że plan B nie był tak doskonały, jak plan A.

Gdyby zrealizował się plan A nie byłoby „filmu Koli”, „filmu Wiśniewskiego”, „zeznań świadków dla polskiego wywiadu”, „kłopotów z oddaniem wraku”, „kłopotów z czarnymi skrzynkami”, lutowanych trumien i tajnych sekcji zwłok.

I właśnie dlatego pan Klich się „wygina” z podżyrowania „dochodzenia” MAK-u, a pan Graś się irytuje ( w zasadzie właśnie spanikował).

Dlatego polska prokuratura udaje dochodzenie.

Co by tu jeszcze spieprzyć panowie?

A to już chyba niewiele zostało.

 

Pozdrawiam


 

* Hipotez na bazie potwierdzonego faktu wykręcania i ponownego wkręcania żarówek w „lampoczki”. Żeby fałszywe był wiarygodne, prawdziwe musiały nie świecić.

* * Przy założeniu zamachu na ostatni guzik zapięte było wszystko na długo przed zdarzeniem – również dochodzenie MAK-a wraz z końcowym raportem. Dlatego MAK tak nieporadnie „szyje”

*** i nie znamy tego do dzisiaj.

 

 

 

Opublikowano: 29.09.2010 16:39.
Autor: Rolex
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Polis2008

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @Autor Bardzo sprawne Pozdrawiam i dziekuje.
  • Curiouser und curiouser "Prawdziwy zamachowiec przebywa na wolności i jest uzbrojony, twierdzi...
  • @MUSTRUM Jest bardzo niezadowolony, że polski parlament nie wprowadził przepisów...

Tematy w dziale