521 obserwujących
825 notek
2884k odsłony
2629 odsłon

Średnim wzrostem po łapkach

Wykop Skomentuj50

„Pułapka średniego wzrostu” to takie pojęcie wyjęte z ekonomicznego żargonu, a ma oznaczać stan w którym to „ani wio, ani nazad”, upraszczając. Ja mam swoje własne wytłumaczenie tego pojęcia, a moje wytłumaczenie odwołuje się zwyczajowo do tego co meta-, czyli przedpolityczne. Dla porządku dodam, że istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie: kosmologiczno-holistyczne, jing-jang, i z cicha pękł. Ono się, ponownie upraszczając, sprowadza do istniejącego w różnych systemach religijnawo-filozoficznawych przekonania, że milion lat jest git, a kolejny milion... wręcz przeciwnie, czyli: nie poradzisz.

Pułapka średniego wzrostu, w jakiej miała dużą szansę znaleźć się Polska ma charakter psychologiczno-instytucjonalny. Od strony psychologicznej wyglądało to tak, że pewna część Polaków ma wpojony i starannie pielęgnowany kompleks niższości wobec „Nimca” (przez „Nimca” rozumie się wszystko na zachód od Odry) silnie związany z przekonaniem, że Polak to złodziej i oszust i bez nadzoru „Nimca” rozkradnie, a rozkradzione przepije.

Marzeniem tej części społeczeństwa jest znalezienie się pod tym nadzorem, co przykrywa się eufemistycznym, wszystko-rzekomo-tłumaczącym: „w Europie”. „W Europie” oznacza zainstalowanie sobie widocznego, ale jednak marginalnego, kulturowego ekscesu, w postaci promocji „katalogu kobiet zawiedzionych” (femi-coś tam), „bab z brodą” (btw. jak tam rozwija się kariera polityczna „Ani”?) oraz podejmowania nieustannych prób uczynienia z instytucji narodowej kultury miejsc kopulacyjno-defekacyjnych (pozdrawiam pana dyrektora Teatru Narodowego z Wrocławia; mam nadzieję, że dyrektora na walizkach).

Tak zwany kołtun wszystko to akceptuje, zachwyca się, a nawet się obliźnie, z wyłączeniem jednego elementu. Ten kołtun nienawidzi „kolorowych” i przy okazji „kolorowych” dostaje padaczki mentalnej na skutek dysonansu poznawczego. To znaczy perorował będzie za powrotem Gaulaitera, ale jak go zapytamy o uchodźców (patrz niedawne przemówienie „króla europy” o Europie otwartej i zamkniętej oraz pohukiwania o „karaniu za nieprzyjmowanie kwot uchodźców”), to oczy mu jakoś mętnieją i wydaje z siebie takie dziwne: „Eułeueu”. Zawiesza się, mam za sobą dziesiątki udanych eksperymentów.

Czego natomiast „w Europie” nie obejmuje? „W Europie” nie obejmuje wciąż wysokich zachodnioeuropejskich standardów uczciwości w życiu publicznym, ale i... w gospodarczym życiu prywatnym. W Europie Zachodniej nie akceptuje się wciąż złodziejstwa w sferze publicznej, łapownictwa i korupcji. To jest ciągle nefas.Natomiast to, że się tam tego nie toleruje nie oznacza, że nie będzie się tego tolerowało u nas, tak jak się to tolerowało na południu Europy. Naszemu największemu sąsiadowi – Niemcom, Polska w „pułapce średniego wzrostu” jest jak najbardziej na rękę z powodów wielorakich.

Brak elementu uczciwości w tym marzeniu kołtuniaka o Europie jest wytłumaczalny. Wyobraźmy sobie oto przedsiębiorcę w mikroskali, którego firma jest lokalnym potentatem w brukowaniu dróg rowerowych i innych dochodowych działań. I ten przedsiębiorca w mikroskali funkcjonuje na lokalnym rynku, zatrudnia ludzi, wygrywa przetargi, ma przystojny dom, równie ładną żonę, jeszcze ładniejsze dzieci i psa. I kota. Działa w oparciu o księgowość uproszczoną, nigdy nie zdecydował się na przeniesienie działalności o ten szczebel wyżej, do krainy spółek kapitałowych, co ma te dobre strony, że nikt mu w kieszeń tak dokładnie zaglądał nie będzie.

Ponieważ przedsiębiorca w mikroskali rozpoczął działalność na długo przed wejściem do „ty Europy” to on wszystkich już zna. A na obszarze jego „znania” i działania od lat rządzi ta sama klika mieszanki partii chłopskiej (bo to na wsi, a złogi zeteselowskie mają wytrzymałość gumy do żucia wdeptywanej latami w marmur) z mieszanką partii... niechłopskiej. Kiedyś napisalibyśmy „szajki koniokradów”, „złodziei kur”, no, chodzi o całą tę menażerię, która się od stuleci po stosunkach agrarnych zagonami ciągnie wnosząc koloryt i transfer dóbr z rąk właścicielskich do własnych.

I temu przedsiębiorcy nie przyjdzie do głowy, żeby po pomyślnym zakontraktowaniu jego usług przez gminę, nie zrewanżować się skromną wypłatą 25% „należnego”, z zysku po podatku, do podziału pomiędzy lokalnych liderów partii chłopskiej i niechłopskiej.

Wszelkie postulaty dotyczące zmiany tego stanu rzeczy nasz mikro-przedsiębiorca będzie odbierał jako zamach na jego styl życia, źródło utrzymania i pozycję społeczną. „CBA po ciebie, brachu, przyjdzie o szóstej rano!” obiecuje przy grillu lokalny lider partii chłopskiej Kamyczek-Kos. „Przecież jak oni przyjdą, to k...ancka, jak tu przetargi robić? Strach!” straszą go lokalni Dweedle dee i Tweedle dum z partii niechłopskiej, a więc Pesyna i Swetchru. A on sobie myśli, w jego zamkniętym obszarze myślenia, że to jest strasznie niesprawiedliwe; że skoro on jest w porządku, zatrudnia ludzi, utrzymuje piękny dom, równie ładną żonę, jeszcze ładniejsze dzieci i psa (i kota), a na dodatek Kamyczka-Kosa, Tweedle dum i Tweedle dee, to dlaczego ma do niego przyjść CBA? O szóstej rano!

I tu tkwi wytłumaczenie zagadki pojęcia „pułapki średniego wzrostu”! W zamkniętości obszaru myślenia! Choćby sam w swojej mikro-głowie przedsiębiorca głową tłukł, bez pomocy z zewnątrz się nie przebije.

Na pierwszy rzut oka mikro-przedsiębiorcy chęć utrzymania status quo wydaje się racjonalna. Rzeczywiście: „Jak żyć”?

Ale w szerszej perspektywie status quo jest w swojej istocie tak daleko idącym ograniczeniem wolności gospodarczej poprzez faktyczne wyeliminowanie wolnej konkurencji, że w zasadzie można mówić jedynie o fasadzie wolnego rynku. Przez brak konkurencji nasz przedsiębiorca ani nie ma potrzeby się nieustannie edukować, ani przesadnie inwestować, ani szkolić ludzi, ani rozmyślać nad nowymi modelami zarządzania czy choćby... logistyki. Jeśli na przetarg wpadliby młodzi „chłopcy z Chicago” to okazałoby się, że można o połowę taniej. Tak samo solidnie, przy użyciu tych samych materiałów, w tym samym terminie, ale... o połowę taniej. Szybciej, sprawniej, zgrabniej, logi(sty)czniej. I być może ten przedsiębiorca ma rację. Być może dla niego i jego rodziny i psa (i kota) lepiej byłoby tkwić w tej jesieni oligarchicznej biurokracji. Dla dziesiątków młodych ludzi, którzy przez oszustwo tego systemu mieliby jedynie albo szansę iść do niego za brukarza albo wyjechać do „Nimiec” za brukarza już lepiej nie byłoby. Im lepiej będzie dopiero wtedy, kiedy będą mieli realną szansę brać udział w uczciwej i rzeczywistej grze rynkowej we własnym kraju, gdzie liczy się jedynie wiedza, pracowitość i ten łut szczęścia, który kapitalizmowi wcale nie zagraża.

 

 

 

Wykop Skomentuj50
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale