Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, kandydata na prezydenta RP, „najważniejsza jest Polska”. Wielka szkoda, że najważniejsi nie są Polacy.
Tak się nieszczęśliwie składa od 5 lat, że naszym krajem rządzi prawica, i nic nie wskazuje na to, aby ten stan rzeczy miał się wkrótce zmienić. Jest to prawdziwy paradoks, bo każde badanie poglądów Polaków niezmiennie od 20 lat pokazuje, że mamy w większości poglądy lewicowe w sprawach gospodarczo-społecznych, centrowe w kwestiach światopoglądowo -obyczajowych i antyklerykalne, gdy chodzi o stosunki państwo - Kościół.
A scena polityczna i media publiczne wyglądają tak, jakby 85 procent mieszkańców tego kraju było klerykalnymi prawicowcami.
To jest chyba najważniejszy dowód, że polski system polityczny nie ma wiele wspólnego z rzeczywistą demokracją, że jest to jakaś dziwna oligarchia klerykalno-biznesowa, która żywi się państwową kasą i wpływami w mediach.
A także dezorientacją oraz zmęczeniem społeczeństwa przepracowanego i oszołomionego przez telewizyjną papkę.
Ponieważ rządzi nacjonalistyczna prawica, to mamy wszędzie pełno deklarowanego patriotyzmu.
Nie ma nic lepszego od tzw. patriotyzmu (de facto – nacjonalizmu), aby zamotać ludziom w głowach.
Na tyle skutecznie, żeby nie potrafili właściwie rozpoznać własnych interesów, prywatnych oraz grupowych, i aby nie umieli o nie skutecznie walczyć.
Najlepiej zaś, gdyby za własny uznali interes hierarchów Kościoła lub oligarchów okołopartyjnego wielkiego biznesu.
Szczególnie dobry jest w tym populistyczny nacjonalizm PiS-owskiego chowu, karmiony kompleksami, nienawiścią i lękami.
Stąd m.in. hasło wyborcze ich kandydata - „Najważniejsza jest Polska”.
Uczynienie z tego naczelnej dewizy prezydenckiej jest równie niedorzeczne jak cała PiS-owska doktryna.
Co to hasło właściwie znaczy?
Znaczy tyle, że istnieje jakiś na pół mityczny twór o nazwie „Polska”, któremu należy służyć niczym jakiemuś bóstwu.
Upodobało sobie owo bóstwo szczególnie ofiary krwawe, które smakują mu wyjątkowo dobrze. O umieraniu całych pokoleń „za Polskę” mówi zresztą w swym spocie sam Kaczyński.
Owocem tego patriotycznego bałwochwalstwa jest między innymi rzeź zwana Powstaniem Warszawskim, któremu specjalną świątynię wybudowano w stolicy właśnie staraniem Kaczyńskich.
Tylko jaki pożytek z tej nacjonalistycznej religii mają byty realne, czyli Polacy?
Nie o ich szczęście tu przecież chodzi, ale o dobro tejże mitycznej „Polski”, dla której oni są tylko „kamieniami przez Boga rzucanymi na szaniec”.
A można przecież ową „Polskę” rozumieć zupełnie inaczej.
Nie jako bóstwo żywiące się trupami swoich poddanych, ale jako sumę interesów ludzi zamieszkujących nasz kraj. I to zupełnie zmienia perspektywę.
Nagle okazuje się, że to nie ludzie są dla ojczyzny, ale ojczyzna istnieje po to, aby zapewnić ludziom potencjalnie najlepsze warunki do życia.
O tym, że mityczne bóstwo zwane „Polską”, czyli klasa rządząca, ma
obecnie w nosie rzeczywiste interesy Polaków, świadczy potężna emigracja zarobkowa młodych.
Ludzie, którzy mają usta pełne tej „Polski, która jest najważniejsza”, nie mieli nic do zaoferowania wchodzącemu w dorosłość pokoleniu Polaków.
Ci sami ludzie w imieniu owej „Polski” odmawiają pełni praw obywatelskich milionom Polaków - wystarczy, że są zwykłymi pracownikami, niekatolikami lub nieheteroseksualistami, i już mogą być potraktowani gorzej.
Wszystko „ku chwale ojczyzny”, rzecz jasna.
ADAM CIOCH
(FiM)
Mądrze facet napisał. Pod rozwagę idących na głosowanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)