0 obserwujących
236 notek
68k odsłon
  684   0

Łukasz Kamiński: IPN ma potencjał!

Czy istnieją „historycy IPN”? Co zrobić, by nauka nie zmieniała się w publicystykę? Jakie zdanie ma nowo wybrany szef Instytutu Pamięci Narodowej o „Złotych żniwach” Jana Tomasza Grossa? Na te i inne pytania odpowiada, wybrany dziś przez Sejm, prezes IPN Łukasz Kamiński.

dr Łukasz Kamiński (ur. 1973) – historyk, od 10 czerwca 2011 r. Prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Magisterium (1996) i doktorat (1999) na Uniwersytecie Wrocławskim, od 1999 r. adiunkt w Instytucie Historycznym UWr. Od 2000 r. we wrocławskim Oddziale IPN. Od 2006 r. zastępca Dyrektora Biura Edukacji Publicznej IPN, od 2009 r. Dyrektor BEP. Naukowo zajmuje się historią społeczną Polski Ludowej oraz tematyką oporu społecznego. Autor licznych publikacji, m.in. Strajki robotnicze w Polsce w latach 1945–1948 (1999), Polacy wobec nowej rzeczywistości 1944–1948. Formy pozainstytucjonalnego, żywiołowego oporu społecznego (2004), Wokół praskiej wiosny. Polska i Czechosłowacja w 1968 roku (red., 2004), A handbook of the communist security apparatus in East Central Europe 1944–1989 (red., 2005), Drogi do wolności Zagłębia Miedziowego (2007). Współautor podręcznika Od niepodległości do niepodległości. Historia Polski 1918–1989 (2010). Członek redakcji licznych czasopism i wydawnictw, m.in. półrocznika „Pamięć i Sprawiedliwość” oraz „Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej” (fot. dzięki uprzejmości Europejskiego Centrum Solidarności)

 

Michał Przeperski: Profesor Radosław Markowski, znany politolog i publicysta, stwierdził ostatnio na antenie Radia TOK FM, że historia – również wskutek działalności IPN – przestała być nauką szukającą prawdy, a stała się jedynie narracją, konwencją. Czy zgodzi się Pan z taką opinią?

Łukasz Kamiński: Nie wydaje mi się, żeby za takie zjawisko, które być może faktycznie można zaobserwować, był odpowiedzialny akurat Instytut Pamięci Narodowej. Myślę, że tutaj problem polega na tym, że niektóre osoby nie odróżniają działalności stricte badawczej Instytutu od działalności edukacyjnej, która kieruje się innymi prawami. Być może stąd biorą się takie opinie. Kryterium dążenia do prawdy jest jak najbardziej obowiązujące, także w IPN. Niekiedy nawet pojawiają się przeciwne zarzuty, że IPN wyrósł na swoiste „ministerstwo prawdy historycznej” – jak stwierdził profesor Marcin Kula. Moim zdaniem nie jest to efekt działań Instytutu, ale raczej pewnej presji społecznej, wymagającej od nas abyśmy rozstrzygali wszystkie spory dotyczące najnowszej historii Polski, co oczywiście jest niemożliwe. Są bowiem takie kwestie, w przypadku których – poza ustaleniem podstawowych faktów – spór o sens niektórych działań będzie się po prostu toczył.

Instytut odpowiada jednak w jakimś stopniu za sposób opowiadania o dziejach. IPN bada historię najnowszą, której aktorami są – siłą rzeczy – ludzie wciąż aktywni w różnych dziedzinach polskiego życia publicznego. Powoduje to, że Instytut narażony jest na przekroczenie cienkiej granicy pomiędzy uprawianiem historii, a uwikłaniem w bieżącą debatę polityczną. Jak według Pana należy minimalizować to zagrożenie?

W pełni zminimalizować tego ryzyka się nie da – jest ono niejako wpisane w sens istnienia IPN. Zajmuje się on bardzo nieodległą przeszłością i jedyne możliwości zabezpieczenia się przed jakimiś nadużyciami, jakie widzę, to po prostu bardzo ścisłe przestrzeganie kryteriów, na przykład procedur recenzyjnych przy kierowaniu publikacji do druku.

Ważną rzeczą jest także otwartość na dyskusję, na debatę, na wysłuchanie innego głosu – w tym także głosu uczestników wydarzeń. Często jest on sformułowany w sposób bardzo radykalny, odrzucający, a niekiedy można mówić wręcz o obrażaniu niektórych historyków podejmujących trudne tematy. Pomimo to nie można zamykać się na ten głos, trzeba spróbować wybrać z tego przekazu to, co jest istotne. Z drugiej strony, jest to przecież przewaga historyków dziejów najnowszych, że mogą swoje ustalenia konfrontować z pamięcią uczestników wydarzeń. Oczywiście ta pamięć nie musi odgrywać decydującej roli, natomiast na pewno nie można jej odrzucać. Mam czasem wrażenie, że wśród badaczy (ze wszystkich środowisk) występuje zjawisko dążenia do pisania o wydarzeniach z ostatnich kilkudziesięciu lat nawet bez próby zapytania uczestników wydarzeń o to, jak oni to pamiętają, jak oni to odbierali.

Jeśli więc mówimy o mechanizmach zabezpieczeń, to ja bym podkreślił dwie kwestie: ścisłe procedury recenzyjne, które pozwalają zwrócić uwagę na pewne słabości prac i otwartość na debatę, na dyskusję, w tym także z uczestnikami wydarzeń, nawet jeśli to miałoby być trudne.

Warto jednakże zauważyć, że do słownika publicystów w naszym kraju weszło na dobre pojęcie „historyka IPN”. Powstało ono na bazie refleksji związanych z efektami działalności Instytutu, zwłaszcza najgłośniejszymi, związanymi z kontrowersyjnymi publikacjami. Czy czujecie się państwo w pewien sposób wyobcowani z szeroko pojętego środowiska historycznego?

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura