Nie chcę tu dokonywać analizy czym była a czym jest Solidarność. To praca której powinien podjąć się ktoś bez obciążeń emocjonalnych, kto przeanalizuje i zbierze razem wspomienia i dokumenty. Ograniczę się do kilku krotkich refleksji.
Byliśmy młodzi, wyczuliśmy szansę na zmianę i tylko to się liczyło. Przeciwnik był znany i zdefiniowany, nie było więc kunktatorstwa, ważenia szans. Nasze żony i dziewczyny wiedziały że pewnego dnia mogą zostać same. Ale nie czuliśmy się bohaterami. Ostatnie aresztowania w naszym środowisku nastąpiły w 1986 .Było już wtedy wiadomo że kły tej władzy, nie naszej przecież już się ruszają i za chwilę wypadną. W ten sposób wielu z nas zaliczyło większy staż w konspiracji niż nasi rodzice.
Przyszłość wydawała się prosta i jasna. Trudno mi w tej chwili określić moment kiedy wszystko zaczęło się rozmazywać. Pracowaliśmy w zakładach które ktoś przejmował, ktoś się na nich uwłaszczał. I nie byli to ludzie od nas . Znienawidzony wtedy przez "salon" L. Wałęsa odbiera symbol Solidarności Gazecie Wyborczej. Jednocześnie galopująca inflacja zmusza do większej troski o przysłowiową "michę".
Dominuje uczucie że pociąg odjeżdża a my zostajemy na peronie. Dziś się powie że to uczucie wykluczenia, mające żródło w tamtych czasach steruje działaniami dużej części społeczeństwa. Między innymi tymi co bronią krzyża na krakowskim i tymi co domagają się wyjasnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej. Wprowadzając w obieg cały arsenał szablonów pojęciowych dokonano niesamowitej manipulacji i podzielono naród. Palmę pierwszeństwa w tym niechlubnym dziele dzierży moim zdaniem środowisko związane z UW.
Dlaczego rozdział zamknięty? Niech każdy odpowie sobie we własnym sumieniu.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)