Wspomnienia Prof. Tadeusza Hoffa, który jako 14-latek był wywieziony wraz z mamą i babcią z Sambora w czerwcu 1940roku. W wagonie ok 50 osób tylko on z mamą i babcią byli Polakami a pozostali byli Żydami.
..."Noc z 28/29 czerwca 1940roku, godzina trzecia. Wszystkich domowników budzi gwałtowne pukanie do drzwi.
-Odkroj! (otwórz!)- silny męski głos dochodzący z zewnątrz. Odpowiada cisza. Podnoszę głowę znad poduszki. Oblewa mnie zimny pot. Nie mogę wypowiedzieć słowa. Tysiące myśli przelatuje mi przez głowę. Wiem, że to Rosjanie, więc chyba nie bandyci, ale dlaczego? Przecież niczego złego nie zrobiliśmy.
Ponowne natarczywe pukanie, tym razem kolbą karabinu ( nie widzę tego, ale wiem, że to kolba- w ciszy nocnej uderzenie jest tak potężne, że nie pozostawia żadnych wątpliwości: nieotwarcie drzwi spowoduje ich natychmiastowe wyłamanie).
-Kto... tam?- to stłumiony, drżący głos mojej Matki.- Zaraz otworzę...
W pokoju pojawiają się dwaj mężczyźni w mundurach NKWD, z karabinami w ręku. Po sprawdzeniu naszej tożsamości pada krótki, suchy rozkaz, który po chwili tłumaczę:
-Każą nam w ciągu godziny przygotować się do wyjazdu. Będziemy długo jechać- mówię to jakimś nie swoim, zachrypniętym głosem.
Skojarzenie natychmiastowe: wywożą nas w głąb Rosji, tylko dlaczego? Dwie stare , Bogu ducha winne kobiety i ja- prawie dziecko, słaby, bezbronny, schorowany.
Czyżbyśmy zagrażali potędze ogromnego państwa? Czyżbyśmy popełnili jakieś przestępstwo godzące w jego ustrój?
Na te pytania nie ma i chyba nie będzie odpowiedzi."
... "Wreszcie, pod koniec sierpnia, dotarliśmy do miejscowości Ust-Ałłach-nazwa wskazywała na jej położenie przy ujściu rzeki Ałłach Juń. Mała, prymitywna przystań, parę baraków i drewnianych niewielkich domów, trochę barek i łodzi rybackich- oto cała ta miejscowość. Jakże byliśmy zaskoczeni, kiedy nasz wódz porucznik Miroszniczenko wydał rozkaz odnoszący się do jednej tylko, właśnie naszej barki (przycumowana została bezpośrednio do nabrzeża)- rozkaz natychmiastowego opuszczenia jej i rozładowania rzeczy na brzeg. Niedługo później statek wraz z drugą barką odpłynął dalej na południe, a my-wysiedleni z naszego pływającego, do którego zdążyliśmy już przywyknąć- znaleźliśmy się na zimnej, mokrej ziemi, pod gołym niebem. Nie sposób opisać tego, co się tam wtedy działo: wymęczeni, głodni, zziębnięci, rozgoryczeni, pozbawieni teraz nawet nadziei ludzie ( było nas około 500 osób), byli gotowi na wszystko. Najpierw nastąpiło załamanie-wiele kobiet podniosło nieopisany rwetes, słychać było głośne płacze, krzyki i piski: z tłumu padały gniewne okrzyki ( przeważnie po żydowsku, więc nie rozumiałem ich treści), ale już po chwili do głosu doszło kilku młodych energicznych mężczyzn. Zdołali uspokoić trochę nastrój, a po chwili zabrzmiał po polsku donośny głos jednego z nich: - Nie pozwolimy traktować się dalej jak bydło- zaczął ten mężczyzna, a słowa jego brzmiały coraz głośniej i pewniej- Jesteśmy obywatelami państwa polskiego i niczego złego nie zrobiliśmy: wywieziono nas wbrew naszej woli. Postawimy tutejszym władzom ultimatum: albo nam stworzą ludzkie warunki do życia, albo niech nas natychmiast rozstrzelają. Chcemy godnie żyć, albo godnie umrzeć. Po tych słowach zrobiła się absolutna cisza, ludzie spoglądali po sobie po czym zerwała się burza oklasków- spontanicznie aprobowano propozycję zawartą w tym krótkim przemówieniu Stała się rzecz dziwna: ten jakże zróżnicowany, ciągle kłócący się tłum, tym razem był jednomyślny, stał się monolitem. Trzeba było aż tak skrajnych okoliczności, żeby zapanowała całkowita solidarność i żeby stać było ludzi na odwagę. Natychmiast wybrano kilku mężczyzn, którzy mieli udać się z delegacją do kierownictwa transportu , natomiast reszta w zwartej masie miała podążać za nimi. Czekano na komendanta Miroszniczenkę. Wiadomo było, że poszedł gdzieś z kilkoma funkcjonariuszami NKWD.PO chwili wrócił. Tłum stał w bojowej postawie i całkowitym milczeniu. MIroszniczenko już z daleka podniósł przyjaźnie do góry rękę i powiedział ( cytuję z pamięci, starając się oddać jak najwierniej sens słów wypowiedzianych naturalnie po rosyjsku). -Co tu się dzieje?- zaczął niepewnie, widocznie wyczuł nastrój tłumu.-Chcecie zrobić zebranie? To dobrze, że jesteście wszyscy razem, bo mam wam do zakomunikowania kilka ważnych informacji- w tym miejscu zrobił krótką przerwę, chcąc skoncentrować uwagę zebranych na treści tego, co miał powiedzieć- Przede wszystkim nie denerwujcie się-nikogo tutaj nie zostawimy. Będziemy płynąć dalej łódkami, które jeszcze nie przyszły. Do końca podróży już niedaleko. Tutaj dostaniecie suchy prowiant i zaraz po przybyciu łodzi popłyniemy dalej. Proszę was o spokój i zachowanie dyscypliny...."
... Pamiętny wieczór 14 września 1940r. Ostatkiem sił, samotnie- tylko we dwoje z Matką, dobrnęliśmy do ostatecznego celu naszej długiej tułaczki..." (Minora koło Zwiozdoczki)
Tak Autor wspomina pierwszą noc w Minorze:
"Z niespokojnego snu wyrwał mnie potworny krzyk kobiecy, który nagle rozdarł powietrze. Otworzyłem oczy: było już jasno, świeciło słońce. W pośpiechu ubrałem się i podążyłem, wraz z innymi, w kierunku, skąd dochodził krzyk. Widok, jaki ukazał się moim oczom, był wręcz przerażający: wewnątrz jednego z baraków leżały obok siebie zwłoki dziewięciu osób-cała 3-pokoleniowa rodzina, złożona-jak się później okazało- z babki ,rodziców i sześciorga dzieci. Wszyscy mieli na sobie strzępy odzieży. Trudno też było określić, czym byli przykryci: stare, brudne szmaty, które mogły być kiedyś kocem, poduszką, kołdrą czy pierzyną- wszystko w jednakowym ziemistym kolorze, dokładnie zmięte i wymieszane ze sobą.
Ktoś z obecnych zwrócił uwagę na wybitą szybę, ktoś inny dowodził, że piecyk stojący w środku izby wcale nie był poprzedniego dnia używany. Wszyscy byli zgodni co do tego, że ludzie ci zamarzli w nocy- nie mieli widocznie sił, a może i chęci, żeby dalej żyć i walczyć. Dlaczego nikt im nie pomógł? Jakaś stara Żydówka powiedziała, że Pan Bóg się nad nimi zlitował, nie pozwalając na dalsze cierpienia i zsyłając im podobno najpiękniejszą śmierć. Nie jestem w stanie opisać wrażenia, jakie zrobiło na mnie to przeżycie..."
Autor przeżył tę zsyłkę ale jego Matka i Babcia pozostały w tej nieludzkiej ziemi.
Większość ludzi starszych i dzieci nie przeżyła pierwszej zimy w tym rejonie, gdzie temperatury zimą dochodziły do -70stopni.
Niestety historia dalej się powtarza. Następcy Stalina i Lenina w dzisiejszych czasach dalej robią to samo na okupowanych terenach Ukrainy i podobno wywożą w głąb Rosji ludzi, którzy nie przyjęli obywatelstwa rosyjskiego .
Transport (deportacja) z 28/29 czerwca 1940 roku, będący elementem trzeciej masowej wywózki przeprowadzonej przez władze sowieckie (NKWD) w głąb ZSRS, obejmował przede wszystkim uchodźców z centralnej i zachodniej Polski (tzw. bieżeńców). Byli to obywatele polscy, którzy po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku uciekli przed armią niemiecką i znaleźli się na terenach pod okupacją sowiecką. Według oficjalnych danych Instytutu Pamięci Narodowej (IPN):Akcja dotknęła ponad 75–80 tysięcy osób. Strukturę narodowościową deportowanych zdominowali Żydzi (ok. 84,5% wywiezionych). Polacy stanowili około 11% tego kontyngentu. Pozostałą część stanowili uchodźcy narodowości białoruskiej i ukraińskiej. Osoby te odmówiły przyjęcia paszportów sowieckich lub zadeklarowały chęć powrotu do domów znajdujących się pod okupacją niemiecką, przez co zostały uznane przez sowietów za „element politycznie niepewny” i zesłane do pracy przymusowej (głównie w leśnictwie) w północnych rejonach ZSRS, na Syberię, do Kazachstanu oraz autonomicznych republik Komi i Jakucji. AI


Komentarze
Pokaż komentarze