Gdyby komuś chciało się uważnie wsłuchać w treść niektórych wystąpień sejmowych w czwartkowej debacie nad informacją przedstawioną pzez Michała Boniego, w szczególności w słowa Marka Borowskiego, może by się zaczął zastanawiać nad tym , w jakim stopniu ta wirtualna rzeczywistość, którą wokół nas starają się wytworzyć polityczni kurduple i medialni matołowie, ma się do rzeczywistości rzeczywistej.
Komentatorom, zarówno tym specjalnej troski jak i mistrzom od manipulacji, umknął bowiem fakt najbardziej oczywisty z oczywistych. Gospodarzem ustawy o grach losowych i zakładach wzajemnych jest Ministerstwo Finansów i ono nolens volens jest odpowiedzialne za całe to zło, jakie toczy polski rynek hazardu. A tymczasem na jedynego sprawiedliwego w całej aferze, niemal świętego, kreuje się wiceministra finansów a zarazem szefa Służby Celnej, która w systemie całej administracji finansowej odpowiada za nadzór państwowy nad rynkiem hazardowym w Polsce.
Sygnalizuję ten wątek dlatego, że, moim zdaniem, stanowi wystarczający dowód na to, że sprawcom zmasowanego ataku wściekłych watah medialno-politycznych na rząd Donalda Tuskaa w szczególności na premiera osobiście nie chodziło o zdemaskowanie afery, bo żadnej afery w wymiarze takim, jak ją przedstawia wyjątkowo nieegzotyczny tercet: Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Mariusz Kamiński nie było.
Czy był to może wstęp do kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego jak to sugeruje Donald Tusk?
Gdyby tak miało być, to byłoby to niezbite świadectwo i potwierdzenie prawdy: jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to najpierw mu rozum odbiera.
Obóz pisowski powinien zdawać sobie sprawę z tego, że szanse na reelekcję maleją z dnia na dzień i takie uderzenie mogłoby przynieść efekt na koniec kampanii, jak to było z Beatą Sawicką, a jako początek może jedynie doprowadzić do tego, co chyba się właśnie stało: samobójczej śmierci tajnej broni Pisu, czyli CBA, która w final countdown mogłaby okazać się o wiele znaczniejszym aktywum niż do reszty skompromitowana wymuszonym podpisaniem Traktatu Lizbońskiego nieszczęsna prezydentura.
O co więc w tym wszystkim poszło?
Sprawa jest banalnie prosta.
Oto wódz naczelny, który na tajnym, podsłuchanym przez dziennikarzy partajtagu nie potrafił ukryć rozpaczy, że nic się tej przeklętej Platformy nie ima i tylko jakaś nowa afera może ją pogrążyć, a ponadto dobity został dwoma druzgocącymi ciosami: sukcesem rządu w sprawie PZU i książką Ludwika Dornaobnażającą proces skarlenia (ja mam na to bardziej dosadne określenie, ale za jego użycie jak się okazuje grozi proces karny), został przez pretorian źle zrozumiany, uznali oni bowiem jego słowa jako wezwanie do ataku. A jedynym skutecznym atakiem do jakiego zdolni są fanatycyjest atak samobójczy.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)