Marcin Horała Marcin Horała
69
BLOG

Bezsensy ordynacji wyborczej do rad dzielnic

Marcin Horała Marcin Horała Polityka Obserwuj notkę 1

4 marca w Gdyni odbędą się wybory do rad dzielnic. O samych radach, ich komptenecjach itp. pewnie coś jeszcze napiszę, z resztą już trochę napisałem w komentarzu na blogu radnego Zmudy-Trzebiatowskiego. Tutaj parę uwag o ordynacji wyborczej.

Otóż aby się zarejestrować należy zebrać 150 podpisów. Bez względu na ilość osób na liście - od jednej do liczby odpowiadajacej liczbie radnych. Listy nie mają nazw. Wszyscy zarejestrowani trafiają następnie na jedną alfabetyczną listę, i ew. są oznakowani nazwą partii lub organizacji jeżeli przedstawią na to specjalny kwit. Cała dzielnica stanowi jeden wielki okręg wyborczy. Wybory sa większościowe, radnymi zostają po prostu osoby z największym wynikiem - ale, uwaga, każdy wyborca ma tylko jeden głos. Mamy więc wybory większościowe z wielomadatowymi okręgmi wyborczymi, w których wyborca nie ma tyle głosów ile mandatów jest do obsadzenia w okręgu. Cały ten system powoduje że w wyborach paradoks siedzi na paradoksie, a ich wynik jest w gruncie rzeczy losowy.

1. Jeżeli masz dużo znajomych to... nic ci to nie pomoże. 150 podpisów w skali małej dzielnicy oznacza że rejestrowanie kandydatów do rad dzielnic jest trudniejsze od rejestrowania kandydatów do rady miasta a nawet do Semju (sic!). Z drugiej strony po przekroczeniu masy krytycznej, kiedu już się na liście takich kilku ze znajomymi zbierze i przekroczą 150 podpisów, spokojnie można wypełnić listę miernotami, co i zazwyczaj się dzieje. Jednocześnie ktoś, kto nie należy do żadej kliki tudzież organizacji praktycznych szans na wystartowanie nie ma.

2. Jak już założyłeś swoją klikę i się zarejestrowałeś, najlepiej zaraz potem się z wszystkimi skłócić. Wyborca ma tylko jeden głos. Więc im lepiej ze sobą współpracuje grupa, im bardziej jest postrzegana jako jedność tym gorzej dla kandydatów bo skoro ze sobą współpracują i nawzajem twierdzą o sobie że są dobrzy no to głosy moga między nimi przeskakiwać. Tak że niemal każdy głos który wspólnym działaniem pozyskasz dla swojego kolegi, będzie głosem który sam właśnie straciłeś.

3. Jeżeli jesteś jedyną osobą wśród kandydatów popartą przez jakąś ogólnopolską partię to właśnie wygrałeś los na loterii. Na pewno do wyborów pójdzie kilkunastu-kilkudziesięciu wyborców tej partii dla których będziesz jedyną opcją.

4. Oczywiście sytuacja się zupełnie odwracja jeżeli takich osób jest kilka. Wówczas głosy wszystkich słabszych kandydatów zbiera ten jeden najsilniejszy i najlepszy. 200 głosów elektoratu np. PO jezeli się rozłoży na 150 dla jednego kandydata i po 10 dla pięciu innych wygeneruje jeden mandat. Taka sama ilość rozłożona po równo generuje sześć mandatów.

5. Prowadzenie kampanii jest działalnością wysokiego ryzyka. Trochę kampanii pozwala ci zapracować na wybór. W pewnym momencie jednak każda rozdana ulotka czy przeprowadzona rozmowa powoduje że szkodzisz swoim kolegom i zmniejszasz ich szanse na wybór, a więc szkodzisz i sobie. Kandydat który dostał 40 głosów, a jego pięciu kolegów po 30, ma w radzie znacznie silniejszą pozycję niż kandydat, który dostał 200  głosów a jego koledzy po 5. Więc może robić kampanię kolegom? No tak, ale jednak te 30-40 głosów żeby wejść potrzebujesz, twoja lista może dostać tysiące ale w niczym ci to nie pomoże jeżeli sam dostaniesz 20.

Jeżeli czytelnik już w tym miejscu nic nie rozumie, to się nie dziwię. Jakie zatem wprowadzić zmiany?

1. Jedną zmianą, która aż się prosi o wprowadzenie jest danie wyborcy tylu głosów, ile mandatów jest do obsadzenia w okręgu. Tak jest np. w wyborach do senatu i taka jest logika wyborów większościowych w okręgach wielomandatowych. Pozwoli to na zlikwidowanie największego paradoksu - że im jesteś lepszy i lepiej prowadzisz kampanię, tym bardziej opłaca się od ciebie odciąć żeby nie tracić na twoją rzecz głosów. Jeżeli wyborcy będą mieli więcej niż jeden głos będzie można spokojnie walczyć o swój nie szkodząc przy tym współpracownikom.

2. Zróżnicowanie ilości niezbędnych podpisów do zebrania. Np. lista z jedną osobą potrzebuje 30 podpisów, każda następna osoba na liście zwiększa ilość koniecznych podpisów o 10, ale nie więcej niż do 100.

3. Ja osobiście poszedłbym dalej, mianowicie oprócz zmniejszenia liczby rad i zwiększenia ich kompetencji i środków w ich gestii wprowadziłbym wybory proporcjonalne bez progu (co powodowałoby że lista jednoosobowa też ma szansę) z przeliczaniem głosów metodą Hare-Niemeyera (jak poprzednio, żeby nie upośledzać osób będących jednoosobową listą), obniżyłbym liczbę koniecznych do zebrania podpisów do 100 albo lepiej 50 (aby zachodziął pozytywna selekcja trudno powinno być wygrać wybory a nie się zarejestrować, im więcej osób zarejestrowanych, tym trudniej wygrać).

4. Gdyby do tego jeszcze dać przewodniczącemu radny np. pół diety radnego (przy liczbie rad zmniejszonej do 10-12 a jednocześnie ze zwiększonymi kompetencjami i budżetem byłoby to sensowne rozwiązanie)...

... to może wreszcie frekwencja przekroczyłaby 10%. Co byłoby mocnym argumentem legitymizacji rad i sensowności ich istnienia w ogóle.

 

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka