święty niepokój
Czasem pojawia się potrzeba napisania czegoś. Publicznie, ale tak naprawdę - dla siebie.
3 obserwujących
7 notek
5848 odsłon
  189   0

Piskanie Skydoga

Miłośnik starego rocka zapewne kojarzy charakterystyczne ‘piskanie’ gitary Duane Allmana. Ten nikczemnej postury rudzielec z amerykańskiego Południa nie dość, że miał ciężkie dzieciństwo, to nie zdążył dożyć 25. urodzin. W swym krótkim życiu dokonał jednak tak wiele, że zapisał się w historii muzyki rockowej jako jeden z najlepszych gitarzystów wszech czasów i to nie tylko ze względu na tendencję fanów do szczególnego mitologizowania tych idoli, którzy umarli młodo. Jego spuścizna naprawdę robi wrażenie.

Kiedyś znałam tylko największe przeboje the Allman Brothers Band, a skład zespołu i informacje biograficzne nieszczególnie mnie nurtowały. Zmieniło się to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy przypadkiem trafiłam na utwór One Way Out w wersji koncertowej z 1971 roku i obejrzałam jeden z nielicznych zapisów koncertów z Duane'em właśnie z tym utworem. To był ten moment – został tajemniczo wciśnięty jakiś przycisk mojej wrażliwości muzycznej i oszalałam. Skydog, jak nazywano Allmana, zafascynował mnie swoją grą i charyzmą, jak zresztą wszyscy, grający w pełnej symbiozie członkowie zespołu. Oprócz działalności z własną grupą Allman był także muzykiem sesyjnym i gitarzystą poważanym przez ówczesne legendy. Bez jego twórczej iskry nie powstałaby na przykład znakomita płyta projektu Claptona Derek and the Dominos – Layla and Other Assorted Love Songs, a znana wszystkim Layla nie brzmiałaby tak porywająco. Gra techniką slide za pomocą buteleczki po leku stała się marką Duane’a, podobnie jak drapieżność, a zarazem miękkość jego gitarowych licków, niezależna od sposobu gry czy typu instrumentu.

Cała otoczka wczesnych lat the Allman Brothers w składzie Duane i Gregg Allman, Dickey Betts, Berry Oakley, Butch Trucks i Jaimoe Johanson, ich autentyczne braterstwo i bezpretensjonalność, jedność na scenie i na co dzień, życie przez pewien czas w jednym domu - wszyscy muzycy i roadies z dziewczynami, żonami i dziećmi, energia czerpana ze wspólnych jamów i koncertów to dla mnie fenomen. Ciekawe, że ten zespół nie najlepiej odnajdywał się w studio nagrań. Były to po prostu zwierzęta sceniczne. Występy podlane alkoholem i podsypane różnego rodzaju narkotykami w naprawdę dużych ilościach były lepsze i gorsze (zwykle jednak lepsze), jednak okazało się, że opus magnum grupy stał się koncert w nowojorskim Fillmore East 12 i 13 marca 1971. Płyta At Fillmore East już od pierwszych dźwięków gitary w Statesboro Blues jest dla mnie i wielu fanów dziełem skończonym i najwspanialszym koncertowym albumem wszech czasów. Od niego zaczęła się prawdziwa sława Allmanów, której Duane nie zaznał na dłużej - zginął w wypadku motocyklowym 29 października 1971 roku.

Moja muzyczna fascynacja zaowocowała też zainteresowaniem się historią zespołu. Przeczytałam książkę-autobiografię Gregga Allmana spisaną przez Alana Lighta Not My Cross to Bear oraz książkę Galadrielle Allman (córki Duane'a, którą osierocił jako dwulatkę) Please, Be with Me. Wysłuchałam i obejrzałam co się dało w Internecie i mój zachwyt trwa. Jest on jednak przemieszany z konstatacją, że czas przełomu lat 60. i 70. nie byłby tym, czym był w muzyce bez używek, w tym twardych narkotyków. Zabiły one i zniszczyły wielu, lecz dały mi to, co uważam za muzycznie najwspanialsze.

Być może napiszę jeszcze coś o muzyce. Jeśli - to będą to głównie moje subiektywne spostrzeżenia dotyczące tego, co jest mi w tej dziedzinie najdroższe, czyli muzyki sprzed momentu moich urodzin lub krótko po nich. Tam jest mój skarb i moje serce.

#Muzyka #Rock #Duane Allman #Skydog

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura