bartek123 bartek123
215
BLOG

Homofobia, czy trudne szukanie równowagi?

bartek123 bartek123 Kultura Obserwuj notkę 0

Marcin Idziński

Homofobia, czy trudne szukanie równowagi?

Działania środowisk homoseksualnych w sprawie tak zwanego „równouprawnienia”, wymagają dziś rzeczywiście solidnego zastanowienia, gdyż coraz częściej stają się one poważnym tematem politycznym, co jest oczywiście jawną polityczną paranoją, a ta, może znacznie skomplikować nasze życie! Dlaczego? Przyjrzyjmy się temu poważniej i bliżej.

W obronie wolności nieprawdziwej…

… zwykle czyni się najwięcej hałasu. W czasach PRL-u krążyło po kraju zabawne i trafne stwierdzenie; - dopóki się walczy o pokój, o pokoju mowy nie ma. Podobnie, choć nie tak samo, jest z walką polityczną o wolność dla różnych orientacji seksualnych. Polityczne pojęcie wolności jest tu bowiem uwikłane w immanentną wewnętrzną sprzeczność, gdyż wolność i jej formy dekretowane ustawami zawsze będzie wolnością jednych przeciw drugim. Nikt bowiem nie walczy tu o jakąś wolność teoretyczną, abstrakcyjną, tylko o uzyskanie i korzystanie z praw, których się nie ma, choć inni je mają. Z prawami pisanymi już tak jest, że przy ich tworzeniu dąży się jedynie do możliwie rozsądnego wyważenia interesów, co nigdy wszystkich zaspokoić nie może. By tą oczywistą słabość ukryć, a przynajmniej złagodzić jej ostrze, wymyślono piękne pojęcie tolerancji. Chodzi o to, by ci co mają praw więcej nie narzucali ich tym, co póki co, mają ich, przynajmniej teoretycznie mniej i by przymykali oko na ich działania, w zasadzie bezprawne, przynajmniej w świetle obowiązujących przepisów.

Ale istnieją dziedziny, które w zdrowym układzie społecznym w ogóle nie powinny wymagać ani regulacji, ani żadnej tolerancji! Do takich należy niewątpliwie współżycie seksualne osób, z wyjątkiem form zagrażających zdrowiu czy życiu któregoś z partnerów. Ten niedoskonały świat trzeba jakoś regulować, ale na Boga! Nie wszystko!

W akcie seksualnym na przykład – jak mówił Jan Himilsbach – z samej natury ptaszki się dziubają, a pieski ciupciają i tak jest OK. – niech to robią jak umiejom! Naprawdę nie warto namawiać ptaszków, by robiły to tak, jak pieski i odwrotnie i bzdurą jest tu namawianie do wzajemnej tolerancji! To jest natura, która tolerancji nie wymaga, tylko chociażby zwykłej, zdroworozsądkowej wiedzy dostępnej każdemu.

Zgoda! Ludzie to nie to samo! Tu refleksja nad formą, którą przybiera określona treść, zastanawiać się można i w niektórych sytuacjach trzeba, bo korzystanie z przyrodzonych możliwości bywa czasem nadużywane. Jednakże w sprawach seksu regulacje prawne są równie beznadziejne, a co za tym idzie i bezzasadne, jak przekonywanie, że…

… normalnie zdrowy ptak

może z rybką?

Owszem. Tak!

Polityk, może dbać o to, by żaden ptaszek rybki nie zmuszał i by wola rybki nie była nakazem dla ptaszka - ale to nie to samo co udzielanie praw rybkom, ptaszkom czy pieskom. Dbanie o to by ktoś nie chciał z pieska zrobić ptaszka jest dziś obowiązkiem państwa tak samo, jak dbanie o to, by z puszczy nie robić pustyni. Ale walka o to, by np. jezioro miało większe prawa od rzeki przez nie przepływającej, czy odwrotnie, jest zwykłym politycznym oszustwem i wlewaniem wody do mózgów politycznej klienteli.

Jako się rzekło – walka o (pozorne z natury) prawa homoseksualistów, jest zwykłą polityczną hucbą! Walczą o to zwykle ugrupowania lewicowe i prawicowe - jedni w prawo, drudzy w lewo, ale pamiętajmy! - to w tradycji politycznej tych właśnie formacji (OBU), jest dążenie do uregulowania życia społeczeństw tak, że jak wiemy, nie zmieściły się w tych regułach miliony, a na przestrzeni historii – miliardy ludzi, których trzeba było zabić.

Walka o niepotrzebne (bo ideologiczne) prawa, to naprawdę działanie na zasadzie…

…Wszystkie zwierzątka razem

potraktujemy ukazem!

To właśnie przypomina kampania na rzecz praw homoseksualistów.

Teraz coraz bardziej poważnie!

Walka o prawa homoseksualistów to zupełnie coś odwrotnego do walki z ich dyskryminacją!! Przeciwko tej jesteśmy wszyscy, którzy myślą o każdym człowieku, jako o osobie stworzonej przez Boga! Bóg dał nasprzede wszystkim nam dla Niego, a dopiero potem dla innych, czyli wspólnocie ludzkiej, której zasady współistnienia winniśmy regulować i przestrzegać. Nasza wolność wynika z samej natury osoby ludzkiej, i lepiej, by o nią dla nas nie walczono, bo jest to walka o wolność mniej prawdziwą! Nasze jestestwo każdy z nas realizuje jak potrafi, jak może, jak umie najlepiej, według własnego sumienia! Bez wiary w tą prostą prawdę nie może człowiek w ogóle sensownie myśleć o drugim człowieku!

W takiej perspektywie mówienie o prawach homoseksualistów (za lub przeciw, o ich odmienności czy normalności itd.) jest grubym nadużyciem – obojętnie kto to mówi. Uzasadnień stanowisk w tej sprawie, mniej lub bardziej wartych uwagi, możemy w kulturze i nauce znaleźć wiele. Jednak nic one nie znaczą, wobec podstawowego obowiązku – miłości (a więc akceptacji) bliźniego – każdego bliźniego. To jednak dziś wydaje się pojęciem najmniej zrozumiałym, a przynajmniej najmniej branym pod uwagę w działalności publicznej tak jednej, jak i drugiej strony w sporze.

Gdy jednak zdamy sobie sprawę i z tego, że akceptując człowieka niekoniecznie musimy akceptować jego postępowanie, wszystko to wydaje się problemem, w ramach którego i tak źle i tak niedobrze. Nie jest tak jednak, choć trudno odmówić racji zawartych w artykule Tomasza P. Terlikowskiego zamieszczonego w serwisie „Rzeczpospolitej”, który obecne stadium politycznej gry w tym temacie nazywa katastroficznie „rewolucją homoseksualną”. (warto przeczytać! – kliknij – tutaj) Jednak i on nie dotyka rzeczywistej istoty problemu! Ten bowiem tkwi w nas, a nie w działaniach lobbystycznych i politycznych ludzi niskiego autoramentu, którzy przeminą wraz ze swymi paranoicznymi działaniami. Mamy bowiem do czynienia ze swoistą Wieżą Babel w tym temacie. Spróbujmy więc jakoś ujednolicić języki, czyli zastanowić się nad tym, z czego cały kłopot wynika.

Instynkt seksualny…

… jest jedną z podstawowych cech natury ożywionej, w tym oczywiście również i człowieka. Poza instynktem samozachowawczym jest najsilniejszym instynktem kształtującym nasze zachowania, a tym samym całą sferę stosunków międzyludzkich. Jest podstawą istnienia gatunków, w tym homo sapiens, jest związany bezpośrednio z całą sferą najgłębszych przeżyć i uczuć ludzkich. Co do tego nie ma wątpliwości. A mimo wszystko jest on tą częścią naszej natury, którą w kulturze europejskiej i to na przestrzeni niemal całej jej historii, w taki czy inny sposób, z tych czy innych powodów, starano się – raz skuteczniej, raz mniej skutecznie – MARGINALIZOWAC – przesuwać w sferę rzeczy o drugorzędnym znaczeniu, jakby najmniej godnych człowieka, niemal wyłącznie biologiczną, wręcz zwierzęcą!

Paradoks? Przejaw szaleństwa, graniczącego z dążeniem do samounicestwienia? - albo przynajmniej do zanegowania samej natury ludzkiej, nadanej przecież przez samego Boga w samym akcie stworzenia, potwierdzonej jako DOBREJ w całym Objawieniu?

Dlaczego tak się dzieje? Co jest przyczyną takich, wydawałoby się, niezrozumiałych postępowań? Czy są rzeczywiście bezsensowne?

To pytania poważne!

Ze sprawami naprawdę poważnymi ludzie mieli zawsze największe kłopoty. Są nimi; - sens istnienia, możliwość istnienia i trwanie, czyli przekazywanie istnienia; - prościej mówiąc chodzi o; - (1) instynktowne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie – po co i dlaczego żyjemy, (2) instynkt samozachowawczy i (3) instynkt seksualny (rozrodczy).

Z tych trzech, w sferze życia publicznego (regulowanego prawem) sensownym jest jedynie zajmowanie się instynktem samozachowawczym, czyli zabezpieczaniem życia, gdyż jedynie w tej sferze działalność publiczna może być skuteczna. Trzeba regulować możliwości działania człowieka wobec człowieka, gdyż z smutnego doświadczenia wiadomo, że największą ilość istnień ludzkich zniszczył sam człowiek. Mordy i wojny (w różnej postaci) – świadoma i zamierzona działalność – zniszczyła wielokrotnie więcej istnień ludzkich niż wszystkie choroby, zarazy, kataklizmy, katastrofy i groźna dla człowieka przyroda razem wzięte! A więc dopóki wierzymy, że możemy jakoś człowieka przed drugim człowiekiem chronić, musimy to robić.

Inaczej rzecz się ma z dwoma pozostałymi instynktami.

Pierwszy z nich objawia się w dziedzinie myśli i wiary, które z natury rzeczy muszą być w pełni wolne, a ze strony drugiego człowieka mogą być jedynie przedmiotem informacji, czyli nauczania, lub przekazu własnych intuicji i przekonań – nigdy wymagania przyjęcia, czy nawet akceptacji takiego przekazu! Dekretowana wiedza, czy dekretowana wiara jest najdrastyczniejszą postacią zniewolenia!

Instynkt seksualny jest z kolei najbardziej osobistą, intymną sferą naszej natury. Tak jest przez normalnie zdrowego człowieka postrzegany (odczuwany) i tak winien być postrzegany przez całe środowisko, w którym człowiek żyje.

Równie osobistą i intymną sferą jest wszystko, co ten instynkt ze sobą przynosi, a więc cel (prokreacja), formy, skutki zaspokojenia lub nie, itd. Tak więc, w jakiejkolwiek sferze prawnej nie może być regulowany, bo i tu musi obowiązywać wolność, ograniczana jedynie osobistymi decyzjami i naturalnymi możliwościami nosiciela tego instynktu. Ponieważ jednak spełnianie tego instynktu następuje przy udziale dwu osób, wskazana wyżej zasada musi oczywiście działać również jako ochrona przed wszelkiego rodzaju przymusem, gdyż – spełnienie seksualne musi też być aktem wszechstronnie wolnym!

Od czasu, gdy człowiek zrozumiał, że i w tym akcie, lub w dążeniu doń, może kryć się zniewolenie drugiej osoby, ma prawo i obowiązek chronić tak zagrożoną wolność. Przeciwdziałać wykorzystywaniu czyjejś niewiedzy, naiwności, słabości, zależności, stosowaniu przemocy czy chociażby przymusu, itd. Tym zagrożeniom prawo stosowane musi przeciwdziałać, jako naruszaniu podstawowej wolności osoby, ale tylko o tyle może istnieć ochrona zewnętrzna (prawna) aktu seksualnego! Dalej posunięta jest tak czy inaczej drastycznym ograniczaniem.

Wolność samego aktu seksualnego implikuje oczywiście również wolność jego form. Pamiętać trzeba o wielkich niekiedy różnicach kulturowych, obyczajowych i innych, w tym również głębokich odmiennościach predyspozycji psychicznych i mentalnych, o czym nie chcą słyszeć „regulatorzy” życia ludzkiego, bo dla nich człowiek jest albo ptaszkiem, albo rybką i gdy wyłamuje się z jakiejś przyjętej reguły jest po prostu osobą wartą jedynie „uregulowania”, czyli wciśnięcia w jakiś prymitywny lub przynajmniej bardzo uproszczony wzorzec, czyli po prostu w więzienie. To oczywiste chamstwo i niedelikatność.

Jednak też dużo racji jest w tezie przywołanego wyżej artykułu Terlikowskiego, że jeśli prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia, a celem jest tylko zadowolenie, to mamy tu do czynienia z eliminacją najistotniejszych elementów. Jest tak nawet wtedy, gdy te stosunki „przyjemnościowe” służyć mają rzeczom właściwie pięknym, jak chociażby podtrzymaniu więzi między partnerami, ich bliskości, miłości(?) itp. Zapomina się bowiem o rzeczy najważniejszej – że...

akt seksualny jest wynikiem, a nie przyczyną (!)

...jeśli nie miłości, którą trudno zdefiniować, to w każdym razie uczuć głębszych, zarówno osobistych, jak i wzajemnych obu partnerów! Wynikiem uczuć, które spełnić się mogą jedynie w tym akcie! Tak więc staje się on swoistą koniecznością, a przynajmniej naturalnym następstwem uczuć coraz głębiej się kształtujących, wielorakich, zupełnie wyjątkowych i jedynych, gdyż zaistniałych między dwoma, absolutnie niepowtarzalnymi i suwerennymi osobami i następuje wtedy, gdy inny rodzaj bliskości już zaistnieć nie może. Natomiast gdy akt ten wyrywa się ze sfery owej specyficznej konieczności spełnienia i przenosi do sfery użytecznej, wynikającej z jedynie naszej woli czy wręcz kaprysu, to rzeczywiście i istota i sens tego aktu kurczą się do postaci aktu czysto fizjologicznego (tylko trochę inaczej koniecznego), jak oddawanie moczu czy kału.

Jednak przyjemność (rozkosz), której poświęciliśmy tu już sporo uwagi, jest również jedną z najgłębszych treści tego aktu! Kto temu przeczy jest hipokrytą albo nic z tego wszystkiego nie rozumie. Jest ona jakoby najwyższą nagrodą za dostępny człowiekowi akt stworzenia, jakim jest miłość, jej rozwój, ochrona i jej możliwa perspektywa – nowe życie. Tej perspektywy nie wolno wykluczać z samego aktu, chociaż człowiek potrafi ją technicznie wyeliminować. Bo powoływanie nowego życia to jedna z tych stwórczych czynności Boga, w których dopuszcza On współudział człowieka! Trzeba sobie z tego poważnie zdawać sprawę!

Ale mimo wszystko! – gdy nawet odarty z podstawowych treści czyjś…

…akt seksualny….

a ściślej – czyjąś związaną z nim przyjemność i satysfakcję potraktujemy jako radość czysto behawiorystyczną, cielesną i uznamy ją tylko za równą np. przyjemności doskonałego jedzenia, to prymitywizujemy drastycznie całość zagadnienia!! Tylko niebezpieczny ideolog może uważać, że czynności genitaliów są tożsame, czy choćby podobne, do czynności żołądka, wątroby czy jelita grubego, a przeżycia wynikające z ich czysto biologicznego działania, są chociażby podobne. Bowiem przeżycia (dodatnie czy ujemne) wynikające z działania wszystkich organów ludzkiego ciała razem wziętych, realizują się w sferze przeżyć na zupełnie innej „fali”, są, powiedzmy – „gatunkowo” – zupełnie innego rodzaju, niż przeżycia związane z aktem seksualnym. To banał, ale podkreślamy go tutaj, gdyż lekceważenie tej inności leży u podstaw wszelkiej demagogii wszelkich formacji kulturowych (w tym religijnych), które próbują, lub próbowały regulować prawnie (tak czy inaczej) sferę dotyczącą aktów seksualnych.

Dlaczego?

Każda przyjemność cielesna, podobnie jak każde cierpienie rodzi „coś” w sferze kultury osoby, a tym samym na zasadzie kumulacji w sferze kultury zbiorowej. Jednak przeżycie seksualne jest zawsze zupełnie innego rodzaju! Rodzi ono bowiem, doświadczenia implikujące elementy kultury, którą określamy jako „wysoką”. Tu właśnie (zazwyczaj, a na pewno nadzwyczaj często! - z wykluczeniem oczywiście „miłości” do własnej ręki, czy korzystania z usług burdelu między jednym autobusem a drugim), tu właśnie rodzi się poezja, refleksja nad kondycją ludzką, poczucie wartości drugiego człowieka, tu rodzą się pytania na temat istoty miłości, wolności, odrzucenia, akceptacji itd. itp. Porównać je można jedynie z przeżyciami natury – nie wahajmy się tego powiedzieć – mistycznej. Tak! - seks jest swego rodzaju mistyką! – bo jest sferą, która w znacznym stopniu przekracza możliwości ogarnięcia jej przez człowieka, a przynajmniej jest sferą nadzwyczaj trudną do… przez człowieka… opanowania! Czy opanowanie jej jest możliwe? Pewnie tak, gdyż jakiemuś tam procentowi osób się to udało, choć nie wiadomo tak naprawdę czy w sposób rzeczywiście „naturalny”, czy na zasadzie drastycznego spętania natury przyrodzonej, czy też może w sytuacji szczególnej i ze szczególnych powodów itd. – tu mówimy jednak o ludziach „przeciętnych”, bo tych głównie dotyczą regulacje prawne.

Akt seksualny ma poza tym jeszcze jedną cechę. „Posiada” w sobie (mieści w sobie) nadzieję! – i o tyle musi być uznawany za swego rodzaju „uprawnione” poszukiwanie odczuwanej przez człowieka pełni. W tym sensie rzeczywiście nic go zastąpić nie może, chyba, że człowiek swą niepełnię uzna za swą przyrodzoną naturę. Trudno tu jednak rozsądnie postulować, by filozoficzną, czy teologiczną niepełnię był w stanie racjonalizować, czy chociażby odczuwać jako cechę swej kondycji ludzkiej, ktokolwiek inny poza profesjonalistami, lub osobami o szczególnie wykształconych możliwościach sytuowania swych przeżyć ponad własną naturą. Szanujmy jednak osobę taką, jaką ona realnie jest, a więc człowieka, którego określamy jako „przeciętnego”, bez pejoratywnego znaczenia tego określenia!

Każdy akt seksualny posiada w sobie nadzieję, że oddanie się, pozwolenie na to, by być zagarniętym (posiadanym) przez drugiego człowieka (oczywiście jednego, bo poddanie się wielu to już niewolnictwo), zlikwiduje naszą samotność!!! – przez większość ludzi odczuwalną, bo przecież immanentną bez Boga i jego daru w postaci drugiego człowieka, którego powiedzmy jasno – dziś tak trudno odnaleźć. Dodajmy do tego, wynikające z samej natury, prawo człowieka do akceptacji swej, niekiedy daleko idącej – odmienności, która też nie od nas pochodzi, a jest nam przecież zadana.

I znowu widzimy do jakiego stopnia akt seksualny funkcjonuje jedynie w sferze najgłębszej intymności (osobniczości), i do jakiego stopnia dotyczy wyłącznie osoby. Jak odległy jest od wszelkiej ogólności!

Nadzieję naprawdę może budzić, i w rzeczywistości budzi, nawet akt ograniczony tylko do czysto behawiorystycznej funkcji, czyli tak zwanej „przyjemności” – gdyż nawet tak pojmowany i odczuwany, też kryje w sobie niesamowitą tajemnicę. Przeżycia tak wielkie, że człowiek może, a w niektórych przypadkach musi uznać je za najsilniejsze z przeżyć do jakich jest zdolny!! To sprawa predyspozycji osoby, i bzdurą jest przekonanie, że wszyscy posiadamy takie same.

Nie będziemy się tu wdawać w bardziej szczegółowe dywagacje natury medycznej, biologicznej, psychologicznej, czy wręcz psychiatrycznej, bo nie potrzeba (właściwie nie wolno) poszukiwać odpowiedzi na pytanie; - czy akt seksualny odmienny w formie od powszechnie stosowanej, jest w jakimś stopniu nienormalny. Odmienności dotyczą przecież nie tylko zachowań homoseksualnych! Moralistyka, która naszym zdaniem niewiele ma wspólnego z prawdziwą moralnością, odrzuciłaby też wiele stosowanych form stosunków heteroseksualnych.

Tak zwana „powszechna akceptacja” czegoś wynika jedynie z kultury, nie z empirii, a ściślej – z przyjmowanych w skali zbiorowej wzorców i przekonań, rzadko tylko racjonalizowanych przez zbiorowość! Ta treść „powszechnie (?) akceptowanych” wzorców i przekonań niestety rzadko wynika z rzeczywistej tradycji postępowania konkretnych zbiorowości, ale jest zazwyczaj wynikiem propozycji (w istocie swego rodzaju dyktatu) przeróżnych autorytetów (dawnych czy współczesnych). Wynika więc z; – 1. szczególnego sposobu interpretacji człowieczeństwa, – 2. przyjętego, praktycznego rozwiązania, ułatwiającego (prymitywizującego) trudny problem interpretacji człowieczeństwa. W tym procederze polityka chce uczestniczyć i czyni to, wobec zaniku autorytetów powszechnych, nadzwyczaj skutecznie. I tak…

…koło absurdu się zamyka…

….bo człowiek nie może istnieć w zbiorowości nieuregulowanej jakimkolwiek systemem nakazów i zakazów. W takiej zbiorowości nie może realizować swej wolności, która byłaby warunkowana wyłącznie siłą (możliwością zwierzęcego przetrwania) i mało przewidywalnymi systemami sytuacyjnymi (co też jest cechą zwierzęcą). Dziś regulacją systemu zajmuje się polityka, a więc wydaje się ona najmniejszym złem, gdyż to właśnie demokracja bez polityki nie istnieje, o czym wie każdy.

Uważny czytelnik zauważył już pewnie na czym ten absurd polega.

Bo skoro wykazaliśmy, że sfery tak głęboko prywatnej, jaką jest zaspokajanie instynktu seksualnego, nie wolno regulować prawnie, a nie możemy obyć się bez polityki, to ….

Ale uważny czytelnik zauważył też pewnie i inny błąd w tej, wydawałoby się oczywistej, obserwacji!!

Bowiem sfera PRYWATNA, INTYMNA, OSOBISTA człowieka, to nie SFERA PUBLICZNA, której dotyczy polityka. Widzimy jasno, że nadużyciem politycznym jest próba jakiejkolwiek regulacji sfery osobistej, do czego polityka nie ma żadnego prawa!!

Ale uważny obserwator dzisiejszego życia publicznego zwróci nam pewnie uwagę i na to, że wszystko (No! – powiedzmy bardzo wiele) z tej sfery prywatnej człowieka zostało przezeń upublicznione – wręcz wyszło na ulicę – więc w tej sytuacji…

To prawda.

Powiedzmy więc jasno:

Wszelkie upublicznianie sfery osobistej, prywatnej, intymnej (poza sztuką, która jest ujawnianiem dramatu ludzkiego i jako taka ma prawo do najgłębszej wiwisekcji naszej natury) – jest najpierw brzydkie, by nie powiedzieć – wręcz obrzydliwe ze względów estetycznych – potem głupie, bo likwiduje nam wszystkim teren, na którym możemy i musimy być zupełnie wolni – potem – przez likwidację tego terenu jest jawnym działaniem przeciw wolności w ogóle, a więc…. JEST W KONSEKWENCJI DZIAŁANIEM ANTYLUDZKIM ! Burzy naturalną i konieczną złożoność człowieka, polegającą na dialogu zawartym w każdym, pomiędzy jego niepowtarzalnością, a wspólnotowością! Czyni człowieka - z istoty wielowymiarowej, istotę płaską, ograniczoną do jednego tylko wymiaru, publicznego! Bez dialogu między człowiekiem wewnątrz człowieka, a człowiekiem wewnątrz społeczności ludzkiej – nie ma człowieka wcale!

W sposób jawny i oczywisty w tym procesie zamazywania granicy między sferą osobistą, a publiczną najdrastyczniejszymi formami są publiczne obnażania sfery osobistej, których dokonują obecnie homoseksualiści w trakcie swych parad i w formach walki o wolność nieprawdziwą, jak nazwaliśmy to na początku naszych przemyśleń. Bo.…

prawdziwa wolność seksualna może realizować się wyłącznie w sferze jej właściwej, czyli

w pełni osobistej - nigdy publicznej.

Powiedzmy jednak uczciwie! – zburzenie tej granicy od początku było naszą, heteroseksualistów, sprawą. Nim homoseksualiści „wywalili” na ulice swą intymność w formie obrzydliwej (prowokacyjnie wyuzdanej), dawno już bezsensowne działania w imię równie nieprawdziwej wolności pojawiły się w z pozoru heteroseksualnej kulturze Europy! To nasza hipokryzja otworzyła tę puszkę Pandory. Przypomnijmy kilka faktów.

Z zagadnieniami trudnymi można radzić sobie, bardziej lub mniej racjonalnie. Trudno powiedzieć, by od czasów Oświecenia Europa radziła sobie z problemem seksu dobrze. Wobec wielu tematów o wiele bardziej poruszających w tym czasie umysły, problem suwerenności osoby stał się drugorzędny, gdyż pojęcie wolności rozważane było głównie jako pojęcie wolności wspólnotowej, nazywanej powszechną i przez taki pryzmat patrzono na jednostkę. Ten błąd cechował myślenie europejskie do niedawna, a dokładniej do wyłonienia się w nim świadomości personalistycznej. Sferę wewnętrznej istoty osoby uznano za do tego stopnia osobistą, że znalazła się ona de facto na marginesie. Zaczęto ją postrzegać z jednej strony jako sferę z pogranicza grzechu, z drugiej strony za sferę nie godną człowieka zdążającego do rozwiązania problemów powszechnych. Nawet myślenie Freuda w rezultacie unifikuje osobę, bo sprowadza się do zrównania uznawanych przez niego najważniejszych motywów działania u wszystkich ludzi. Sytuacja ta zrodziła oczywiści wiele intelektualnych i politycznych potworków w postaci wszelkiego rodzaju, z jednej strony anarchizmów, socjalizmów itd, z drugiej rygoryzmów, a te oczywiście sprowokowały reakcję w postaci negacji wszelkich ograniczeń i likwidacji większości tabu, czyli właśnie „wywaleniem” sfery osobistej, nie koniecznie od razu na ulice, ale przynajmniej na intelektualne (to jeszcze pół biedy) salony, i na publicystyczne fora. To z konieczności doprowadziło do kompletnego pomylenia pojęć i pozostawiło cały problem w posiadaniu utylitarystycznego i behawiorystycznego żywiołu. I tak dobrze, że na ulicę nie wyszli onaniści, czy seksualni sadyści, ale to tylko dlatego, że w swym „heteroseksualnym gniazdku” czuli się wystarczająco bezpieczni i nie byli w swych „odmiennościach” tak zupełnie samotni. Dopiero, gdy purytański sposób traktowania osoby włamał się w tą intymną sferę ze swym prawodawstwem lub takimi próbami, rzecz zaczęła się komplikować. Heretoseksualni ekscentrycy cofnęli się głębiej za drzwi własnych sypialń, gdyż zrozumieli, że taki jest ich interes, ale poruszona przez manipulatorów dusz machina działała już samoistnie. Chodziło o to, by pod pretekstem rygoryzmu obyczajowego czy „etycznego” wzmocnić po prostu jeśli nie wręcz kontrolę nad społecznością, to przynajmniej uzyskać na nią wzmożony wpływ. Tymczasem inwencja ludzka w niszczeniu swej własnej sfery wolności była coraz bogatsza i agresywna, bo i pojęcie wolności zaczęło się, pod wpływem oświeceniowego manipulowania przy nim, stawać coraz bardziej niejasnym i wieloznacznym, a przez to było coraz wdzięczniejszym terenem dla populistycznej i rygorystycznej demagogii. Padło w końcu na homoseksualizm, bo akurat się „wystawił na strzał”, gdyż akcja walki o niepotrzebną wolność stała się nośna, zastępując skompromitowanym, lub wypalonym formacjom ich skompromitowane lub wypalone doszczętnie idee.

Jakie jest wyjście…

… z tego, wydawałoby się, zaklętego kręgu politycznych absurdów i intelektualnego zagubienia? Gdy wędrowiec orientuje się, że droga przez las, którą wybrał „na skróty”, prowadzi na manowce, ma tylko jedno wyjście - spokojnie wrócić na rozdroże i spróbować innej, może bardziej przetartej. A więc zreasumujmy:

1. Musimy ponownie zdać sobie sprawę z elementarnej wartości prywatnej, osobistej sfery wyborów i zachowań ludzkich i ponownie zrozumieć, że nie wolno jej upubliczniać, czyli wywalać na ulice, tak samo jak nie wolno podejmować w niej prób zewnętrznej regulacji, poza przypadkami wskazanymi wyżej. Zasadniczy obszar zaspakajanie instynktu seksualnego to suwerenny teren osoby, a dla osoby wierzącej w Boga to teren wyłącznego z Nim „rozliczenia się” z użytku, jaki robi z jego Daru. To kwestia rachunku suwerennego sumienia! Nawet Kościół powinien w tej sprawie opierać swą aktywność raczej na swym urzędzie nauczycielskim a nie formułować przesłanki dla prawa stosowanego. Politycy winni poszukiwać wyłącznie rozwiązań prawnych przywracających prywatności prywatność!

2. Trzeba uczynić jasnym i przejrzystym rozróżnienie prawnej ochrony ludzkiej prywatności i niepowtarzalności od prawnego regulowania społecznych skutków tej prywatności! W przypadku homoseksualizmu (podobnie jak i heteroseksualizmu) takie regulacje są chybione, a przez to niedopuszczalne z dwu co najmniej powodów; – A. niewystarczającej rozpoznawalności tej sfery, B. nieuprawnionego przenoszenia atrybutów ze sfery jednej do drugiej. Już w starym, klasycznym myśleniu o wolności zdawano sobie sprawę, że musi tu istnieć jasna i nieprzekraczalna granica między osobistą, a społeczną sferą aktywności osoby.

3. Należy odstąpić od paranoicznego poszerzania praw, wynikłych z populistycznych i bezsensownych pomysłów ideologicznych. Prawna ochrona wolności polega bowiem jedynie na obronie naturalności działań ludzkich, przy zakazie agresji wobec odmienności osoby! Do paranoi politycznej należy na pewno np. walka o prawa rodzicielskie homoseksualistów. Skoro wychowanie dzieci poza rodziną naturalną, jest niewątpliwie wynikiem nieszczęścia, skoro owo mniejsze zło da się na podstawie empirii uzasadnić, to walka o prawa rodzicielskie dla osób, które jedynie z własnego wyboru same postawiły się poza możliwością rodzicielstwa jest bezsensem nawet logicznym! O ile ich pierwsza decyzja, wyboru homoseksualnej formy spełniania aktu seksualnego, jako pozostająca w sferze osobistej, musi być uszanowana, to jednoczesne prawo do posiadania skutków form współżycia heteroseksualnego jest paranoją z mocy samej logiki. Walko o takie PRAWO jest: - A. walką o prawo idiotyczne i – B. właśnie robieniem z ptaszka rybki. Wskazuje na to proste, rozumowanie:

Czy chłop ma dziś prawo sobie kupić mercedesa z czterystukonnym silnikiem? Ma!

Czy ma dziś prawo sprzedać traktor i tym mercedesem orać własne pole? Ma!

Wobec tego:

Czy któreś z tych praw powinno się mu odebrać? Nie!

Czy takiemu postępowaniu (bo jest odmienne) trzeba nadać status prawny? Jawna paranoja!

Gdy ktoś się o nadanie takiego prawa stara….? Jest jawnym idiotą, lub politycznym kanciarzem!

bartek123
O mnie bartek123

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura