Niedawno wybrałam się z moimi dziećmi do Teatru Lalki i Aktora na przedstawienie "Nieznośne słoniątko" oparte na motywach bajki noblisty Ruygarda Kiplinga. Jakież było moje zdumienie, kiedy zorientowałam się, że spektakl wpisuje się w kampanię antyklapsową, lansując hasło: "Przemoc rodzi przemoc".
Tytułowy bohater zadaje swoim krewnym pytania na temat otaczającej go rzeczywistości (np. "Dlaczego żyrafa ma dłuższą szyję od słonia?"). Za swoją niewygodną dociekliwość – nie daje się zbyć byle jaką odpowiedzią – jest karany co chwilę klapsem i to w dodatku przez ciocie i wujków, a nie przez rodziców.
Co ciekawe, w utworze Kiplinga Słoniątko, mówiąc o osobach dających mu klapsy, wymienia w pierwszej kolejności ojca i matkę. Natomiast w spektaklu rodzice w ogóle nie są obecni, o nich tylko się wspomina. Nasuwa to smutną refleksję na temat kondycji rodziny, w której (zapracowani?, zajęci sobą?) dorośli nie wychowują swoich pociech, nie poświęcają im czasu i uwagi.
Tak więc przed oczami widza malowany jest sugestywny obraz nieszczęśliwego malucha, który ciągle dostaje klapsy, nie otrzymuje natomiast odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Słoniątko postanawia w końcu dowiedzieć się osobiście od krokodyla, co on jada na obiad, skoro nikt nie chce mu tego wyjaśnić. Udaje się więc w podróż nad wielką, szarozieloną, mętną Rzekę Limpopo. Osiągnięcie celu niebezpiecznej wyprawy wiąże się z ważnym wydarzeniem – na pamiątkę spotkania z groźnym krokodylem pozostaje Słoniątku długa trąba (historia dzieje się w dawnych czasach, kiedy słonie miały krótkie nosy). I ta nieszczęsna trąba okazuje się bardzo użyteczna – szczególnie w wymierzeniu sprawiedliwości dorosłym: Słoniątko (które zdążyło już urosnąć i zmężnieć) daje klapsy ciociom i wujkom, pokazując, gdzie ich miejsce. Padają wtedy z ich ust znamienne słowa: "Może nie trzeba było dawać mu klapsów? Co my zrobiliśmy?!"
Oczywiście takiej kwestii nie znajdziemy w opowiadaniu Kiplinga. Dodanie jej miało zapewne wzbudzić w rodzicach poczucie winy, a dzieci przekonać, że klapsy (a szerzej – karcenie) to coś złego.
Znamienne, że kiedy trzeba raczej bić na alarm z powodu braku dyscypliny w wychowywaniu dzieci (czego skutki widać już wyraźnie w szkołach i na ulicy), to w takich czasach uchwalane są ustawy zabraniające karcenia cielesnego i ograniczające władzę rodzicielską oraz powstają przedstawienia teatralne zgodne z poprawnością polityczną. Wracamy do epoki (a może ona nigdy się nie skończyła?), w której sztuka była na usługach reżimu.
Ja jednak nie zgadzam się na wmawianie moim dzieciom, że wychowanie w karności i dyscyplinie przyniesie im same szkody, że miłość i karcenie to pojęcia wzajemnie się wykluczające. Z moich doświadczeń wynika wręcz coś przeciwnego. Tylko ofiarna miłość decyduje się na stosowanie karcenia.
Anna Krawczyk


Komentarze
Pokaż komentarze (11)