3 obserwujących
554 notki
226k odsłon
  54   0

Death Denied: A Prayer to the Carrion Kind (2018) - Recenzja

Debiut Death Denied diabelnie sponiewierał. Nic dziwnego, że skończyło się czteroletnim odwykiem... Rzut oka na okładkę: to trzecie dzieło, które wyszło z pod ręki Anny Heleny Szymborskiej na potrzeby wydawnictw łódzkich southernowców. Z perspektywy czasu, budzi trwogę prekognitywny aspekt wizualny, drugiego długogrającego albumu.

Ważniejsze rzecz jasna co się za nim kryje. Jest to kolejna porcja trzech kwadransów z skorodowanym hakiem, wypełniona wysokoprocentowym graniem. Co istotne, Death Denied został uchwycony w momencie, gdy już wszyscy, od dawna byli dobrze zgrani, przy tym nieustannie rozwijający się twórczo i technicznie. Dla recenzującego to właśnie kwestia tworzenia jest najwyżej stawiana, i pod tym względem progres jest zachwycający.

Od pierwszego numeru słychać, że nie były to jałowe lata spędzone w przydrożnej spelunie gdzie karmi i poi się co raz bardziej nabrzmiały spleen. Zespół ciężko pracował tworząc godnego następcę Transfuse the Booze (2014).

Nie pozostało nic innego jak zmówić modlitwę za tych padlinożerców.

Otwierający „The Plague Doctor” już na starcie rozdaje karty, jak tam sekcja miesza, już od tego numeru słychać jak rozwinęły się umiejętności Tasiora, dając popis nowym manierom wokalnym. Coraz śmielej szarżuje swoim głosem. Uderzająco lepsza produkcja, czystsza, głębsza z zachowaniem tożsamego dla stylu zespołu brudu. Gitary szyją gęściej, wspierane przez uroczo rozklekotane partie gitary basowej Vincenta. Gitarowe solówki bardziej wyeksponowane bo i jest na czym ucho zawiesić.

Tłusty perkusyjny wstęp i soczysto krwiste pasaże na początku. Niepokojące fluktuacje gitary, stopniowo budują napięcie w „Wendigo”. Przejście w solidniejsze grzmocenie, bujające koncertowe emocje przeplatają się z melancholią. Intensywna praca sekcji rytmicznej, podwójna stopa Wici sieje zniszczenie. Pojawienie się w składzie nowego perkusisty odcisnęło piętno na tej płycie. Z perspektywy czasu, była to zmiana która zespołowi wyszła na dobre. Death Denied w tym kawałku odświeża swoją muzyczną propozycję o bardziej „nowoczesne” elementy, bardziej połamane struktury wszystko jednak odpowiednie zapatynowane.

Singiel wypuszczony na zwiad pt. „Black Orchid” niesie za sobą niespodzianki. Smętne wejście, spokojniejsze, knajpiane ale z odpowiednią doza ikry. Bardziej przebojowe, granie z przyprawiającym o mindfuck wokalizą Tasiora, mało który rasowy, zblazowany redneck by tak pojechał. Klasyczne granie i migotliwe solo na koniec – warto posłuchać kilka razy ten utwór skupiając się tylko na wiosłach. – Nie wiem czy jest to najbardziej reprezentatywny utwór dla całego krążka ale na pewno jeden z najbardziej zapadających w pamięci. 


Przenikliwe lodowate sprzężenie sprawiło, że myślałem, że „The Prince of Crows” będzie utrzymany w podobnym tonie (tempo i ciężar gatunkowy), jednak numer ten przeplatany jest bardziej energetycznymi, pustynnymi riffami. Podobnie jak w dwóch pierwszych kawałkach zespół czaruje dopracowanymi, technicznymi połamanymi zagrywkami. Jest miejsce dla ckliwego pitu pitu i drapieżnej szarży.  Wyróżnia się  stonowane krótkie solo - szkoda, że pociągnięto tego nieco dłużej.

W „Fallin’ Down” na dobre zwalniamy, pijackie wyciszenie, melancholia podszyta potęgą zadoomanej gitary. Death Denied czuje bluesa i w co raz bardziej pomysłowo żongluje muzycznymi gatunkami, umiejętnie znajdując wspólne mianowniki wśród rozłożystego rock and rollowego drzewa genealogicznego, nie wypierając się najstarszych i najgłębszych z korzeni. Podobne rozwiązania znane już z pierwszej płyty, na A Prayer to the Carrion Kind (2018) stanowią istny popis rzemieślniczego majstersztyku. Ozdobą jest subtelny, długi finisz z lejącymi się, łkającymi gitarami.  

W połowie płyty natrafiamy na bezcenny samorodek pt. „Branded” - toż to złoto jest, żywe złoto, podmuch totalny thrashowej nawałnicy, istna burza piaskowa po której szyby samochodowe zapiaszczone są do imentu. Jeden z największych faworytów na dwójce, ba w całym dotychczasowym dorobku. Za dzikość, nonszalancję, bezbłędne skandowanie, które podkręcają temperaturę. Na mój spaczony gust to winien być singiel, mający naganiać tłuszczę do rozmiłowania się w dźwiękach Death Denied Anno Domini 2018. To jest taki pocisk, że tydzień po przesłuchaniu prześladują mnie głosy drące się w środku głowy - branded

Pozostajemy w klimacie intensywnego lutowania. „Atlas” z miejsca przykrywa słuchacza lawiną gwałtownie kotłujących się riffów. W tym gitarowym gąszczu znalazło się miejsce, na chwilę przejmującej subtelności. Energetyczne, nerwowe spazmy gitarowe przełamują, oldschoolowy wydźwięk całokształtu. Zdeterminowany, szorstki wokal Tasiora momentami ustępuje pełnemu bólu zawodzeniu. Opary osobliwości wyzierają w połowie kawałka, nagłe zwolnienie tempa, Wicia odpala kruszącą serię na werblu. To wszystko stanowi forpocztę dla jarzącej oślepiającym światłem, sterylnej jak splunięcie whisky na jątrzącą się ranę postrzałową - długiej gitarowej solówki.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale