Ignatius Ignatius
210
BLOG

Nic... znikniesz!: Furia - Relacja

Ignatius Ignatius Muzyka Obserwuj temat Obserwuj notkę 5

28.10 w bogucickiej fabryce Porcelany, klubie P23 odbył się specjalny koncert w ramach III edycji Biennale Industrii zorganizowanej przez Muzeum Śląskie. Wystąpił zespół pleśni i końca Furia – od dłuższego czasu, flagowy projekt śląskiego kolektywu Let the World Burn. Był to pierwszy klubowy koncert od ładnych paru lat. Niech mnie dunder świśnie, jeżeli nie od 2018 roku. Międzyczasie zespół miał niezwykle udany epizod teatralny (Wesele (2017) w reżyserii Jana Klaty i dopiero na tegorocznej, XIV edycji Summer Dying Loud. Ów koncert stanowił rekapitulacje dotychczasowej działalności i jednocześnie zapowiedź nowego otwarcia, jakim jest najnowsze dzieło Nihila i spółki - Huta Luna (2023), która tłamsi zmysł słuchu od 10 października. Zespół tym samym zrobił sobie i przede wszystkim słuchaczom prezent na dwudziestolecie (sic!) działalności Furii.

Swawola niewola

Na nowej płycie „wracają” na konwencjonalne black metalowe torowisko, a przynajmniej połowicznie. Druga część najnowszego albumu wypełnia, bowiem ambientowy eksperyment. Jawi się on jako wypadkowa działalności gitarzysty Artura Rumińskiego w ramach ARRM i przedostatniej płyty Furii: W śnialni (2021). Ta druga mająca charakter słuchowiska będącej syntezą doświadczeń nabytych na deskach teatru oraz dalszych eksploracji śląskiego światka artystycznego. Nagranie zostało zrealizowane w pracowni Urszuli Broll i Andrzeja Urbanowicza, przy udziale aktorów teatralnych oraz górniczej orkiestry.

To tak tytułem wstępu, który umożliwia odpowiedzenie na być może nurtujące czytelników pytanie: jak to się stało, że Muzeum Śląskie nie tylko patronuje, ale organizuje koncert zespołu parającego się awangardowym ekstremalnym metalem?
Program zaprezentowany przed dość niestandardową publicznością (a przynajmniej tak się zachowującą - pod tym względem była trochę stypa, nawet nazwy zespołu nikt nie raczył skandować...). Spinał klamrą nowe ze starym. Na rozpałkę rzucono kawałki gorącej jeszcze Huty Luna (2023).

Charakter płyty, który może pozornie wydawać się niebezpiecznie jednostajny przez bezkompromisową pracę Namtara. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę skupiania się wyłącznie na jego selektywnej, precyzyjnej, anihilacji, przez to można przegapić wszelkie niepokojące gitarowe fluktuacje, subtelności które przedzierały się przez nieprzeniknioną barierę żywego metalu, wytapianego w czasie rzeczywistym w hutniczym piecu.

Sam trochę obawiałem się, że jak pocwałują wyłącznie nowym materiałem to wszystkie poszczególne strzały zleją się w monotonny, mało czytelny stop. Jednak wybrnęli, obierając słuszną drogę uczciwej prezentacji nowego albumu - najświeższą spuszczoną surówkę (płyta odgrywana jest niemal w całości i naprawdę diablo trudno wyodrębnić wybijający się jej fragment) stopiono wraz sprawdzonym, dobrze znanym kruszcem.

Środek wypełniały bardziej ujarzmione tempa tożsame dla nekrofolkowego materiału z przedostatniej płyty. Tak jak na tegorocznej edycji Summer Dying Loud znalazło się miejsce dla „Ohydny jestem” z EPki Płoń(2009). Bardziej niż na wspomnianym występie eksponowano album Marzannie Królowej Polski (2012): prócz obowiązkowych „Są to koła” i „Kosi ta śmierć” zagrali niezatytułowaną odliczankę zaczynającą się,

Od siedmiu do sześciu...

Klamra ta odznacza się bardzo srogim transowym blastowaniem, znamiennym dla pierwszej połowy albumu - ukręcili łeb sprawie snopowiązałką składającą się z: „Maska masce”, „Idź!”  (wykonane przedpremierowo na Summer Dying Loud) i „Gore!” po którym już tylko wiatr zaganiał popioły.

Janowski okultyzm, dekadentyzm, trans w oparach wrzącej wódki, nihilizm, usilna redukcja do nicości, zera, nieistnienia - istnienie uwiera skołowaną, kluczącą duszę. Słowa klucze, tropy, którymi staram się naszkicować to o co może chodzić temu zacnemu ansamblowi.

Trudno wyróżnić specjalnie wybijający się element stanowiący o magii Furii, przecenić nie sposób Nihila – frontman pierwsza klasa, pozy, mimika i kulminacyjne chochole szaleństwo współgrało z idealnie zainscenizowaną oprawą świetlną, która odpowiednio potęgowała intensywność wrażeń sonicznych. 

Wyjątkowość brzmienia Furia wiele zawdzięcza nawiedzonej gitarze Artura Rumińskiego, dzięki przepotężnemu nagłośnieniu i gmeraniu w efektach gitarowych, utwory z Księżyc Milczy Luty (2016) wypadły jeszcze lepiej niż na wyżej wspomnianym festiwalu. Efekty te potęgowały nastrój i wzmagały aurę niesamowitości. Kalenicę Furia osiągnęła w moim odczuciu w utworze „Grzej” – to w ogóle jest jeden z szczytowych tworów nie tylko na albumie, z którego pochodzi, ale w całej dotychczasowej twórczości.

Mimo, że studyjne zespół jest skory do odważnych niestandardowych rozwiązań, tak na żywo koncert ma konwencjonalny charakter. Czasem aż się prosi żeby poddali się, popłynęli strumieniem, który sami generują i pofolgowali sobie w psychodelicznej improwizacji nawiązującej np. do W śnialni (2021) lub do „Księżyca, czyli Słońce”, który został wykorzystany jako długie outro po tym jak zespół opuścił scenę.

Nie mniej było przepięknie i pal licho, że widziałem ich miesiąc temu bo programem i nastrojem były to dwie odsłony tej samej Furii (w tym wypadku wyraźna wyższość kameralnego gigu nad festiwalowym spędem). Najpierw ogłuszyli, dali trochę wytchnienia przywianymi zwykłymi czarami i znów wystrzelili na księżycową hutę.

Spieszcie! Na koń! Po bilety! Bowiem w kraju jeszcze grają!

Ignacy J. Krzemiński

Zobacz galerię zdjęć:

Ignatius
O mnie Ignatius

♤Everything louder than everyone else♤ Entuzjasta hard'n'heavy

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura