Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 435 notek 152314 odsłon
Ignatius, 14 listopada 2017 r.

Mentor: Guts, Graves and Blasphemy (2016) - Recenzja

30 0 0 A A A
Flaki, groby i bluźnierstwa
Flaki, groby i bluźnierstwa

Mentor to kolaboracja muzyków sosnowieckiego fenomenu znanego, jako Thaw, którzy połączyli siły z gardłowym J. D. Overdrive. Mentor to odskocznia od macierzystych zespół, poligon pozwalający wyżyć się i ponieść pierwotnym instynktom za pomocą arsenału oldchoolowych środków masowego rażenia. 

Intrygująca jest zagrywka, jaką zastosowano w ramach otwarcia płyty. Tytułowy „Guts, Graves and Blasphemy” to czarna, mroźna ściana dźwięku, jaka staje tuż po chaotycznym sprzężeniu. Ściana ta pęka pod naporem nośnego riffu. Te niespełna dwie minuty mogą poważnie wprowadzić w błąd słuchacza, który przypadkowo sięgnął po ten krążek.

A hatchet a scythe, a dull, rusted knife
You get to decide your own fate A stab in the neck or a nail in your eye Gee, doesn't it sound great?I wish I could tell you it'll be over soonBut I'm sure that I'll take my sweet time So bite on your tongue 'cause it's gonna be a while I'll take what's rightfully mine

 

Już drugi utwór pt. „Gimme Yer Blood” odkrywa karty i pokazuje prawdziwe oblicze Mentora. To już jest death’n’roll, black’n’roll, black thrash… tak wiele rzeczy się dzieje na tej płycie, że na potrzeby tego krążka ukujmy nową szufladkę „guts, graves blasphemy ‘n’ roll i wtedy nikt nie powinien narzekać. Zresztą to wszystko jest nie ważne. Kluczowa jest eskalacja nieskrępowanego, niszczycielskiego bestialstwa w starym stylu. Lekkie spowolnienie ciąży ku bardziej masywnemu miażdżeniu. Znajduje się nawet przestrzeń dla brudnej melodii partii gitary.

W „Drag You to Hell” uderza nas nerwowy riff, szybkie przejście w bardziej luzackie granie. Czuć punkowego, przesiąkniętego alkoholem, bezkompromisowego ducha przemielonego z różnymi metalowymi wariantami. Wzięcie Susła vel King of Nothing okazało się bardzo trafną decyzją. Wokalista ten odwala robotę, za co najmniej trzech: począwszy od gardłowych artykulacji po emocjonalne krzyki, spazmy i oczywiście leśne skrzeki. Nie tylko w tym ale w każdym utworze słychać, że każda sekunda jest przepełniona pełną werwy dynamiką i radością grania. Pod koniec pojawia się doom metalowe ponure zejście tylko po to aby spotęgować odczucia okrutnego glanowania w „Satan’s Whore”. To totalnie rozpędzony, wściekle jadowite wymiatanie. Intensywne dwie minuty z zakrwawionym hakiem. Perkusyjne bezwzględne naloty dywanowe w kontrze do zupełnie wyluzowanego riffu. Takie zestawienie jawi się jak groteskowe sceny z Czasu apokalipsy (1979) Coppoli..

Tytuł „Gravemaker” oddany jest w topornym łupaniu i drążeniu skały granitu. Jest mięsiście i rytmicznie. Więcej gitarowego przestrzennego grania. Nadal to toporna, krwawa łaźnia ale jednak bardziej stonowana. Na każdym kroku czuć wiele zacnych inspiracji, debiut Mentor to jeden wielki hołd dla starej metalowej gwardii dla wszystkich bękartów rock ‘n’ rolla. Zupełnie w innym tonie jest bujające rozpasanie gitarowe w „Murder Beach”. Bardzo pozytywne i (nie wiele) mniej intensywne ostre jak brzytwa gitary szyją z bezczelnym rozmachem. Perkusja też bardziej sucha bez terkotu podwójne stopy teraz Leviathan’s Punch eksponuje bardziej dźwięczne talerzowy zgiełk. Punk(t) kulminacyjny to energetyczna luta, przy której wysiedzieć spokojnie nie sposób. Jeszcze trudniej jest się powstrzymać od machania czerepem. Płynne przejście w „In the Devil’s Name” – kolejny, bezwzględny wymiatacz, Tatry bezlitosnego dźwięków, bardziej czarna strona tej płyty daje o sobie znać. Mocarne bębny, okaleczające partie gitary Raum’s Chorda, które drażą i drażą w skandynawskim lodzie… aż się chłodno zrobiło.  W połowie nagła zmiana klimatu w dużo gorętsze korzenne rytmy, nawet tłuuusty basiur Gusion’s Drone’a zazgrzytał z uznaniem

Zaśnieżony siarczysty wstęp „Night of the Satanic Werewolves” przechodzi w złowrogi, transowy groove. Utwór mający coś w sobie niepokojąco apokaliptycznego. Głęboko ukrytego za riffami przemycany jest pulsujący sygnał.  Trochę wolniejszy przejmujący riff pod koniec z emocjonalnym  rykiem przeplatanym skrzekiem. Niestety powoli zbliżamy się do końca tego metalowego amoku. Mentor kończy utworem „Scarecrow Fields”. Zamglony przesycony bagiennymi oparami początek. Szybko przechodzimy w furiackie szlachtowanie. Utwór wieńczący godny całego krążka. Znów przemieszane to co w oldschoolowej ekstremie najcenniejsze.

Niezwykle równe półgodziny szczerego grania. Surowa, okrutna jatka. Pełna testosteronu, adrenaliny, siarki, jadu krwi, smoły, napalmu, morza jaboli, whisky, czystej wódy, ćwieków, cierni, gwoździ, żyletek, drutu kolczastego, papieru ściernego i zdartej z dachu papy. Najlepsze jest to, że Mentor na żywca wypada jeszcze lepiej! 


Opublikowano: 14.11.2017 19:30. Ostatnia aktualizacja: 14.11.2017 19:37.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Bezsprzecznie to są pionierzy i klasycy, którzy stanowią luźny ale jednak, punkt odniesienia...
  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...

Tematy w dziale Kultura