3 obserwujących
563 notki
229k odsłon
  162   0

Tricky: Ununiform (2017) - Recenzja

Po pierwszym odsłuchu Ununiform (2017) byłem rozczarowany, ale szczęśliwie nie dałem za wygraną. Już po kilku następnych przesłuchaniach zaskoczyło i odetchnąłem z ulgą. Jest to jednak zaskakująco mocna płyta. W porównaniu z poprzednim krążkiem Skilled Mechanics (2016) skok jakościowy jest karkołomny. O ostatecznym charakterze tego albumu zaważyło wiele różnych czynników o, których Tricky mówił jeszcze przed premierą. Dziadziuś Tricky mieszkający obecnie w Berlinie przyznał, że spuścił trochę z tonu, prowadzi zdrowy (sic) tryb życia (zdrowo się odżywia, chodzi spać z kurami), ograniczył podobno nawet używki. Może właśnie to wyciszenie pozwoliło mu na bardziej retrospektywne spojrzenie?

Ta płyta ma przede wszystkim duszę i specyficzny  nastrój. Według mnie  jego głównym  mankamentem jest zbyt dobra produkcja - brakuje tu zamierzonej nonszalanckiej niedoskonałości, lekkiego syfu. Za mało tu rasowych tripowych odjazdów.

Album nadrabia huśtawką emocjonalną. Poprzeczka rozpięta została pomiędzy żwawym, tanecznym synthpopem a głębokim gniazdem smutku i melancholii.  Bije on zarówno z śpiewu gościnnie towarzyszących Trickiemu wokalistek jak i z elektronicznego serca płyty. Na Ununiform (2017) poczet gości jest bogaty i jak zawsze intrygujący. Tym razem zawiało Adriana do dalekiej Rosji, gdzie zrealizował jeden z swoich pomysłów, który chodził mu ponoć od jakiegoś czasu po głowie. Na płycie udzielili się m.in. Scriptonite, BeatsBySmo, Vasiliy Vakulenko. Oprócz nowych gości pojawiają się dobrze znane głosy fanom twórczości Trickiego: Francesca Belmonte i Martina Topley-Bird – zwłaszcza wieść o udziale tej drugiej zelektryzowała fanów.

Tytuł otwieracza - „Obia Intro” nawiązuje do EPki, która ukazała się również w tym samym roku. Tłusty beat, dyskotekowy pomruk basu, lekko niepokojąca gitara i charakterystyczna mruczanka Trickiego. Przejście w „Same As It Ever”, gdzie tempo jest szybsze budując transowy puls, szorstka elektronika w tle. Jeden z mocniejszych kawałków na płycie. To pierwszy utwór na płycie, w którym udzielił się wokalnie Scriptonite i przyznać trzeba, że wyszło to bardzo sympatycznie. W połowie następuje wgniatająca kulminacja beatów gdzie Tricky powtarza tytułowe słowa. Produkcja na poziomie tego co słychać było chociażby na poprzednim krążku, co dodatkowo (na początku) mnie niesłusznie niepokoiło.

W „New Stole” równie tłusty pełny beat tym razem przy akompaniamencie minimalistycznych akordów gitarowych i wspaniałego śpiewu Francesci nadającego retro klimatu – do tego te mruczenie i urocze zamierzone efekty skakania płyty.

Znów zmiana nastroju „Wait for Signal” to porcja pościelowej melancholii z szczyptą motywu orientalnego. Wszystko sobie harmonijnie płynie oba głosy – Trickiego oraz kusząco sennie na pograniczu szeptu. Szept przełamany odrealnionym hałasowaniem, trochę od czapy mieszanie, lekkie zakłócenie, które na sekundę wyrywa z marzenia sennego.

Scriptonite wraca w „It’s Your Day”, zimne statyczny pogłos, powierzchnia zaczyna drżeć, co raz bardziej nerwowo. Ostatecznie motyw przekształca się w mesmeryczno-nokturnową, kwaśną ale bardzo stonowaną kompozycję. Tricky deklamuje spokojnie, jakby ostrożnie przeciągając sylaby – zbrodnią jest czas trwania utworu, zdecydowanie temat był godny rozwinięcia.

Cały czas poddawani jesteśmy zręcznej żonglerce nastrojów,  „Blood of My Blood” to bardzo przejmujący w „amerykańskim” stylu (szczęśliwie pozbawiony zbędnej kiczowatości), mający coś z filmowej dramaturgii. Sygnał połączony z orkiestracją i delikatnym plumkaniem fortepianu. W utworze tym również udziela się Scriptnite śpiewający w pastelowej, przygaszonej manierze.

Dla lekkiego pobudzenia odpalony zostaje żywszy, taneczny beat w „Dark Days”, fanów bardziej rockowego oblicza Tricky’iego ucieszy gorąca zadziorna gitara, która kontrastuje z przenikliwą zimną, buczącą elektroniką tła. Jest to postmodernistyczna zabawa autora, który jest mistrzem czerpania z różnych stylistycznych szufladek. Jest to tak umiejętnie wszystko skomponowane, że ten eklektyzm mimo wszystko jest spójny. Dominujący głos Miny Rose idealnie współgra z dynamicznym całokształtem. Syntezatorowe solo będące brawurową jazdą na ostrej krawędzi kiczu, broni się idealnie, nie gryząc się tak bardzo z resztą dźwięków. Udział Miny na tej płycie uważam za najlepszy z pośród wszystkich licznych gości. Zdecydowanie najlepiej przypadły mi jej partie wokalne do gustu, co jeszcze raz zostanie potwierdzone w kolejnym utworze.

Jeden z filarów promocyjnych, a zarazem jedna z największych perełek na albumie jest „The Only Way”. Piękna, pieczołowicie dopieszczona ballada będąca jak to sam Tricky zapowiedział drugą częścią kultowego „Hell Is Around the Corner” –, jest to bardzo zgrabna pościelówa, o bogatej (jak na standardy Trickiego) aranżacji. Za pierwszym razem ballada ta absolutnie mnie nie kupiła, wydawała mi się bardzo na siłę (możliwe, że zraziła mnie przed premierowa rozdmuchana otoczka) jednak po uczciwym osłuchaniu się z nią, utwór ten stał się w pełni wartościowym klasykiem. Szkoda tylko, że nie przybrudzono produkcji, choć na tle reszty płyty, byłoby to może rzeczywiście zbyt pretensjonalne. Polecam słuchania obu „części” jedne po drugim – w tedy można w pełni usłyszeć artystyczny zamysł.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura