Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 461 notek 163586 odsłon
Ignatius, 8 kwietnia 2018 r.

Metalmania 2018 - Relacja cz. I

680 1 0 A A A

Metalmania się zacięła… tzn. zaczęła, dla niewtajemniczonych – chodzi o lapsus podczas inauguracji(?), który został z miejsca podchwycony przez uczestników, odtąd bezwzględnie, skandowane były powyższe słowa. Niemniej można powiedzieć, że rytualnie się zacięła aby krwawić ofiarnie i obficie mocą dobrej muzyki i innych atrakcji.

XXIV edycja jednego z najgłośniejszych festiwali w naszej części Europy. Zaznaczyć na wstąpię pragnę, że lineup okazał się mocniejszy od tego z przed roku, kiedy to Metalmania wróciła po latach niebytu na festiwalową mapę Polski. Zdecydowanie rywalizację wygrał dobór gwiazd wieczoru – Emperor i Napalm Death, to zdecydowanie bardziej smakowite kąski, niż Moonspell i pożal się Stwórco Samael (przynajmniej w dotychczasowej miałkiej odsłonie). Jednak zanim dotrzemy w tej opowieści do tej sonicznej ambrozji, parę linijek należy się mniejszym graczom, często niemniej wartościowym. Postaram się też przelać ogólne wrażenia od strony organizacji, całego zaplecza mocy atrakcji.

Swe boje zacząłem niemal od samego startu, kiedy to już na drugiej scenie (znów usytułowanej „pod schodami”) walczył zespół Ketha. W tym czasie postanowiłem uzbroić się w festiwalową koszulkę i przygotować się na pierwszy koncert na dużej scenie.

Ze względu na nieszczęsny rygor czasowy, żaden z zespołów występujących na festiwalu nie mógł w pełni rozwinąć skrzydeł, sety były ze zrozumiałych względów okrojone. Po mimo dobrych intencji i planowania czasówki małej i dużej sceny szybo się rozjechały – z największą stratą dla małej sceny i tych co chcieliby względnie zobaczyć i posłuchać jak najwięcej. Niestety łowcy autografów, również musieli dokonywać trudnego wyboru, czy stać w długich kolejkach, w oczekiwaniu na spotkania z zespołami – zwłaszcza, że kilka zespołów było tego warto jak np. w przypadku Emperor.

 Co poniektórym mogła się łezka w oku zakręcić, kiedy zobaczyli Wolf Spider na dużej scenie, jak za słusznie minionych czasów… Tak, tak po trzech dekadach Wilczy Pająk solidnie złoił skórę. Poznański zespół zaczął występ od maskarady, po pierwszy utworze jednak zespół zdjął maski i okazało się, że Wilczy Pająk uzbroił się w nowego wokalistę w postaci Jaśka Popławskiego (znanego wcześniej z The Kroach). W tej roli spełnił się dobrze, zabiegał o kontakt z publicznością i co najważniejsze swoim głosem wpasował się w brzmienie zespołu. Koncert był dla Jaśka solidnym chrztem bojowym, jednak poradził sobie zarówno z materiałem z V (2015) jak i z wolfspiderowymi szlagierami w postaci „Zemsta mściciela” i „Memento Mori” z debiutu czy „Pain” z Kingdom of Paranoia (1990). Zresztą bardzo dobrze przyjęte przez publiczność. Weteranów thrash metalowej sztuki można było skonfrontować z krakowskimi młodymi adeptami metalowego retro grania. Roadhog hołubiący klasycznie heavy metalowe brzmienie (mocno zamerykanizowane) śmiało poczynało sobie na małej scenie. Wielu przedstawicieli starej gwardii metalowej braci z uznaniem przyglądało się młodzikom, którzy prezentowali energetyczny heavy, lekko przyprawiony speed/thrash metalem.

Szwedzki Insammer postanowił przełamać pochód tradycyjnego podejścia do muzyki metalowej. Młody zespół nie uchronił się przed „grzechem pychy” próbując samozwańczo szufladkować swoją muzykę mianem „transfusion metal”. To co wykonują Szwedzi jest może i względnie osobliwe jednak zbyt mało innowacyjne by od razu silić się dla tworzenia nowego podgatunku. Najbezpieczniej określić można Insammer jako crossover mainstreamowego metalu/rocka z panią w roli wokalistki, która śmiało prezentowała swoje odkryte nogi. Zespół miesza elementy przebrzmiałego nu metalu/post grungu (tego najbardziej komercyjnego) z najzwyklejszym w świecie radiowym popem. Odnosiłem wrażenie, że sekcja rytmiczna wyrywała się by odlecieć w nieco szybsze rejony, słodkie gitarki przywodzić mogły ostatnie dokonania In Flames ewentualnie Lacuna Coil. To ostatnie chyba mówi samo za siebie – absolutnie nic porywającego w występie nie było (wygibasy wokalistki o przeciętnym wokalu to zdecydowanie za mało). Tym sposobem wyłonił się najsłabszy koncert XXIV odsłony festiwalu.

Czas ten spożytkować można było lepiej np. zwiedzaniem niekończących się stoisk przedstawicieli niezależnych wytwórni płytowych, przedstawicieli studiów tatuażu, wydawców książek (nie tylko) muzycznych, obejrzeć galerię logotypów Christopha Szpajdla (belga polskiego pochodzenia), który stworzył ponad 7000 (sic) logotypów dla zespołów z całego świata (w tym tak kultowe jak te zdobiące płyty Emperor, Moonspell). Samego autora, który biegle mówi w naszym języku, można było spotkać, porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie oraz nabyć album zawierający prace artysty pt. Lord of logos (2010).

Opublikowano: 08.04.2018 23:30. Ostatnia aktualizacja: 08.04.2018 23:43.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Autopsy od ponad trzech dekad tworzy tę patologię więc to nie jest dzisiejsza moda - to już...
  • Trafne skojarzenia, gitara Iommiego hołubiona będzie w wielu utworach Kalifornijczyków -...
  • Bardzo ciekawe porównanie, jednakże metal od strony ideologicznej (jeżeli potraktujemy to...

Tematy w dziale Kultura