Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 481 notek 172238 odsłon
Ignatius, 11 lipca 2018 r.

Welcome to the Poland*: Guns n' Roses - Relacja

277 4 0 A A A

Nareszcie południowa część Polski „odzyskała” obiekt, na którym można organizować stadionowe koncerty na odpowiednim poziomie. 1.10. 2017 roku, po ośmiu latach remontowania Stadion Śląski doczekał się nowego otwarcia.  

Koncertowa historia obiektu jest bogata, wiele osób wspomina z rozrzewnieniem występy takich gigantów jak np. AC/DC czy Metallica. Wiadomym było, że na odświeżonym obiekcie powinien wystąpić zespół o równie zacnej randze/popularności.

9.07.2018 odbył się koncert w ramach Not in this Lifetime zespołu Guns N’ Roses był pierwszą, gwiazdą światowego formatu, jaka wystąpiła na odnowionym stadionie.

Owa „niemożliwa” trasa z Slashem w składzie, jest jedną z najbardziej kasowych tras ostatnich lat. Sukces ten jest w pełni uzasadniony, kasowość uczciwie przekłada się na jakość. Żal oczywiście, że nie jest to prawdziwie złoty skład, ale miłośnicy Gunsów i tak czerpią wiele radości i satysfakcji z tychże koncertów.

Rzadko się to zdarza, ale zespół widocznie przekracza oczekiwania. Byli i tacy, że od tego dobra zaczęło się ulewać. 210 minut samego występu Giwer i Róż to jednak dla niektórych za dużo. Nie jest to odosobnione zdanie, naprawdę wielu, przesyconych przemieszczało się w kierunku wyjścia na długo przed bisami. Szczerze mówiąc trochę się nie dziwię. Teraz i na pierwszym w Polsce koncercie obecnej trasy, który odbył się w Gdańsku też zdarzały się momenty, że koncert się nieznośnie dłużył. Przyznaję, jest to niezwykle osobliwa sytuacja. Po koncertach tego pokroju zwykle czuję niedosyt. Świetne sztuki mijają niczym mrugnięcie oka. Odnoszę wrażenie jakby ten koncert trwał nie trzy i pół godziny, a co najmniej trzy i pół doby...

Analizując występ pod kątem repertuaru, wszystko wskazuje, że fani sikają po nogach ze szczęścia. Zagrali „wszystko” a nawet więcej – liczba trzydziestu trzech utworów mówi sama za siebie (o sześć więcej niż podczas występu w Gdańsku w 2017 roku). Gunsi mieszają autorski repertuar, z pokaźną ilością cudzych utworów, prezentując interesujący przekrój coverów (m.in. The Who: „The Seeker”, Pink Floyd: „Whish You Were Here”, Misfit: „Attitude”). Łączna liczba wszystkich coverów zagranych tamtego wieczora to blisko 1/3 wszystkich utworów! Najciekawszym cudzesem, był utwór Velvet Revolver: „Slither” supergrupy związanej z Guns 'N Roses. 

Ze względu na bombastyczne wznowienie debiutanckiej płyty i okolicznościowej trasy „pojednawczej” w z Slashem, mocno eksponowana jest płyta Apetitte for Destruction (1987), grając aż ¾ tejże płyty. Bardzo słusznie, dzięki temu można posłuchać esencjonalne utwory (jeżeli można mówić o takowym w przypadku tego zespołu). Również szczególnie rozmiłowani słuchacze obu części Use Your Illusion (1991) powinni być ukontentowani. Oprócz obowiązkowych: coveru Boba Dylana - „Knockin' on Heaven's Door” i „November Rain”, zagrali, zarówno te motoryczne pokroju „You Coud Be Mine” i „Double Talkin' Jive”, i te bardziej rozlazłe, przymulające jak „Yesterdays” czy niepozbawionego dramaturgii „Civil War”. Nic przeciwko dwóm ostatnim nie mam, świetnie sprawdzają się jako „tło”, ale na żywo jakoś mnie osobiście niezbyt ruszają. Według mnie właśnie tego typu utwory można by śmiało ograniczyć – na pewno koncert nie straciłby na dramaturgii, a może nawet by zyskał. Naprawdę śmiało można było okroić set o dobra godzinę, rezygnując z masy wypełniaczy, które ewentualnie wzmagały apetyt na wyczekiwane szlagiery.

Set względem poprzedniego koncertu został odświeżony, ale w moim odczuciu niekoniecznie na plus – w zasadzie przybyło coverów na rzecz autorskich utworów i to tych, które akurat lubię (dla przykładu nie rozumiem absencji „My Michelle”).

Za to widać i słychać, że zespół jest lepiej zgrany niż w 2017 roku. Sceniczny bój, ramię w ramię wytworzył chemię, która pozytywnie wpływa na aktywność sceniczną. Zdecydowanie partie solowe były najmocniejszymi punktami występu - było ich niemało, Slash miał duże pole do popisu, gdzie mógł się wyżyć na wycinku swojej kolekcji wioseł. Nie zabrakło kultowego motywu z Ojca Chrzestnego (1972) autorstwa Nino Roty.

Świetnym posunięciem było wrzucenie do repertuaru liczącego trzy dekady wykopaliska pt. „Shadow of Your Love”. Nie pierwszy, nieostatni taki przypadek w dziejach przemysłu fotograficznego, ale w tym wypadku, na prawdę jest to strzał obracający w perzynę większość późniejszych utworów tego zespołu. Ciekaw jestem czy to rzeczywiście przypadek, że tak dobry utwór skrzętnie był ukrywany przed światem, nie załapał się przez te wszystkie lata na żadnym singlu, EPce, składance etc. W zasadzie dziwię się, że nie załapał się już na podstawie płyty.

Wracając do kwestii przesytu i wybrzydzania, troszkę raziły (i to literalnie) mało urozmaicone wizualizacje. Oczywiście to kwestia nawet dalej niż drugorzędna. Zważywszy jednak, że jest to oprócz samej muzyki najbardziej wyeksponowany aspekt koncertu, którego w dodatku nie sposób nie dostrzegać. To nawet na standardy takiego zespołu skomasowanie gunsowego kiczu osiągnęło absurdalne rozmiary. Już samo intro, z komicznie komiksową sekwencją groteskowego czołgu miażdżącego gąsienicami morze czaszek budziło uśmiech politowania. Dobór animacji przy tak długim występie był zbyt monotematyczny – nawet podczas grania utworu Soundgarden: „Black Hole Sun” w hołdzie Chris Cornella wyświetlano grający szkielet.

Opublikowano: 11.07.2018 23:55. Ostatnia aktualizacja: 12.07.2018 09:40.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...
  • @Teutonick  Mam z obu, ...
  • @Teutonick Dobrze, dobrze im więcej tym lepiej - w tej "dyscyplinie" konkurencja jest zawsze...

Tematy w dziale Kultura