3 obserwujących
513 notek
194k odsłony
126 odsłon

Autopsy: Macabre Eternal (2011) - Recenzja

Wykop Skomentuj4

Prawda, że tytuł budzi skojarzenia z tytułem drugiego albumu? Świat od tamtego czasu zdążył pójść naprzód... Nie licząc dwóch małych wydawnictw, płyta stanowiła największy sprawdzian dla zespołu. Ten album stanowi najlepszą odpowiedz na pytanie czy warto było dokonywać ekshumacji Autopsy. Okładka zdobiąca album jest jedną z najlepszych w dorobku zespołu (mimo, że to grafika komputerowa) - urzeka mnie zwłaszcza jej kolorystyka.

The eye of darknes is in my hand

Seduced by terror, you'll understand

My fingers probe your blackened mind

Sadistic reaping of humankind

Płytę rozpoczyna „Hand of Darkness”, gdzie wita słuchacza marszowy wstęp. Od razu rzuca się w uszy cudowne brzmienie, optymalnie wysuniętej perkusji, która jako żywo brzmi jakby nagrywana była w latach 90. Brzmienie to jest lekko przysuszone. Najlepiej to słychać w krótkich jak oka mgnienie momentach, gdy monotonne uderzenia wysuwają się na prowadzenie. Utwór utrzymany jest w tempie średnio szybkiej jatki. Wokal Chrisa na wysokim poziomie, pod tym względem nigdy nie zawodził. Różnorodność jego partii wokalnych zawsze robiło na mnie wrażenie. Zwichrowane przyduszone solo tnie miriadami ostrzy. Niepokojąca dłużąca się końcówka z pomrukami i rzężeniem gitary. Świetny otwieracz - totalne zezwierzęcenie.

W „Dirty Gore Whore” zespół ani na trochę nie spuszcza z tonu. Nerwowe fluktuacje gitary i skrajnie ohydne deklamacyjne torsje, totalnie obłąkanego zwyrodnialca – wokal i tym razem oddaje w pełni psychopatologiczną treść. Chris swym głosem wzbija się na wyżyny aktorstwa oddając sugestywnie afekt i pasję. Gitara nieustannie buduje napięcie drażniącym rozedrganiem. Nagle partia solowa eksploduje doszczętnie spopielającym promieniem. Plemienne bębnienie niczym w starych filmach o kanibalach przygotowują na najgorsze. Pyszny instrumentalny pasaż długo trzyma w niepewności. Droczą się gitarzyści szarpiąc gitarowymi drzazgami. Echa solówek płaczą pokornie. W końcu odzywa się bestia doprowadzona do ostateczności, krwiożercza (bo to tylko) żądza mordu, amok.

Under the sign of a skull faced moon

We rise from abysmal embryotic doom

Existence as torment, yet locked in a grave

A sick fragile cycle from which no one is saved

Pod numerem trzy kryje się „Always About to Die” - czas na walcowanie ociężałym death doomem. Chwytliwym, obleśnym, nieźle bujającym. Minimum środków a trudno wyzwolić się z pod wpływu mesmerycznych dźwięków. Talerze, wyciszenie i brniemy przez wrzące jezioro smoły, które gotuje nasze nogi aż po kolana. Mistrzowie wagi ciężkiej nabierają niszczycielskiego tempa, rozdzierająca solówka, wciąż rosnące tempo… już przepełnieni nadzieją radujemy, że się uda wydrapać na brzeg, gdy potykamy się i wpadamy tonąc w grząskiej cuchnącej czarnej mazi roztopionego szaleństwa.

Długi przenikliwy krzyk rozpoczyna tytułowy potwór. Niemal radosne riffowanie, pojedyncze tąpnięcia perkusji, w końcu przechodzimy do właściwej rozpierduchy. Wysunięta perkusja topornie miesza, gitary ograniczają się do minimum akcentowania swej obecności. Główną rolę gra Chris spazmując i miotając się za swoim zestawem perkusyjnym. Następuje zwrot akcji gitary ponuro zawodzą w funeralnym nastrój. Kolejna świetliście roziskrzona solówka klasyczna i mocno kontrastująca z całokształtem. Utwór nabiera rumieńców z doom metalowych oparów przeszliśmy w melodykę bliższą klasycznemu heavy metalu - zaznaczam w wydaniu Autopsy.

Duszna młócka niczym zatęchły grobowiec. Powoli otwierają się czeluści posępnych morowych tonów. Stanowiące tło dla narratora opowiadającego swą historię. W charakterystyczny sposób akcentując, co smaczniejsze kąski opowieści. Obfite szczytowanie długo tłumionych gitar przerwane zostaje na rzecz wzniecenia terroru i pożogi. „Deliver Me from Sanity” to złożony utwór pełen zwrotów akcji. Wokaliz jak zawsze mocno ilustrujących i oddających klimat tekstu.

Pod numerem 6 kryje się „Seeds of the Doomed” - jeden z najbardziej melodyjnych momentów płyty. Mocno zapada w pamięci zwłaszcza pływający riff. W tym kawałku najlepiej słychać efekty mariażu heavy metalu z stylem Autopsy. W efekcie skutecznie odświeżono konwencję. Klasyczne wpływy zagryzają się na śmierć z konwencją zespołu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie żadne melodeathowe patataj. Siejące trwogę doom metalowe riffy również są tu obecne konsekwentnie przełamując i hamując panoszący się nonszalancko „powab”. Chris lubi sobie posykiwać w groteskowy sposób na tym albumie.

Jednym z najciekawszych utworów na płycie, jest „Bridge of Bones”. Nerwowe, intensywne, wysokie rejestry gitar ucięte zostają raptownie na rzecz death’n‘rollowego ciężaru. Zabulgotała gitara basowa Joego Allena. Ołowiane riffy ciągną się lejącymi potokami – niedziwne, że powstała tu konstrukcja kościanego mostu. Wyczekiwane smaczki gitarowe - nie mogło ich zabraknąć również tu. Kulminacja przełamana dramatycznym zjazdem. Akustyczna gitara (sic) tak z niedowierzaniem przecieramy uszy - Autopsy machnęło groteskową death metalową balladę i wyszło to nadzwyczaj frapująco. Liryczny moment przeprawiony nieartykułowanym bełkotem, przerwany przez zmasowany kontratak, całego arsenału instrumentalistów i okrutnego wrzasku.

Zobacz galerię zdjęć:

Broken people always tell the truth..
Broken people always tell the truth..
Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura