3 obserwujących
523 notki
199k odsłon
188 odsłon

Ostatni?: Slayer / Behemoth - Relacja

Wykop Skomentuj

Nieco ponad pół roku po pierwszym pożegnalnym koncercie w Polsce, Slayer postanowił przeprowadzić jeszcze jedną piekielną ofensywę w naszym kraju. Tym razem padło na świeżo otwartą halę w Gliwicach. Koncert odbył się dwa dni przed Międzynarodowym Dniem Slayera (6.06). Czy jest ktoś wstanie znaleźć w miarę logiczny argument, aby nie wybrać się na gig tak zasłużonej ekipy. Biorąc pod uwagę taki truizm, że nazwa zespołu jest jednym z głównych „synonimów” słowa „metal”? Dodajmy tego bezkompromisowego, zwanego przez niektórych mianem „prawdziwego”. Dla wielbicieli gatunku jest to raczej niemożliwe. W drodze na tę specjalną uroczystość towarzyszyła iście kalifornijska aura – widocznie Slayer w trasę wziął ze sobą  nawet pogodę.

Gościem specjalnym w Gliwicach był Behemoth. Ekipa Nergala nieustannie jest na fali wznoszącej, plasując się w czołówce najbardziej znanych zespołów metalowych na świecie ostatnich lat.  

Behemoth

Słuchając intro pt „Solve” z dziecięcym chórem w roli głównej, oraz następujący po nim „Wolves ov Siberia” z ostatniego albumu pt. I Loved You at Your Darkest (2018) przyszła mi do głowy myśl. Utwierdzająca mnie w przekonaniu, że Behemoth naprawdę odbył karkołomną drogę. Z zespołu quasi idealistycznego płynnie ewoluował w potężnego kindermetalowego mainstreamowego kolosa. To nie jest w żadnej mierze ani przytyk ani złośliwość. Taka pompa godna jest statusu, którego zespół ciężką pracą sobie wypracował. Zarówno na polskich jak i zagranicznych deskach – słowem na świecie. Problemem dla mnie jest zbyt wielka dosłowność przekazu Nergala i spółki, niepotrzebne odarcie z tajemnicy, co raz mniej trzeba się wysilać aby odczytać to co zespół tak naprawdę chce przekazać swoim słuchaczom. Dlatego pewnie z 10. lat temu może bardziej by mnie porwali, a tak to od razu skupiłem na analizowaniu występu na chłodno. Po mimo, że atmosfera na scenie rozgrzewana była niekończącymi się podmuchami ognia.

Należy podkreślić, że doczekaliśmy się widowiska na światowym poziomie. To naprawdę było show na bogato. Aż dziw, że Slayer (czytaj managment) zgodził się żeby Behemoth mógł wystąpić z taką oprawą. Świadczyć to musi o rzeczywiście życzliwych relacjach pomiędzy składami. Bowiem „działa” jakie wytoczyli Pomorzanie, niczym nie ustępowały arsenałowi z którym przyjechali Amerykanie. To zaprawdę krzepiące i już jestem ciekaw jak to się sprzeda podczas nadchodzącej halowej trasie koncertowej. Bo jak sądzę to była dużo mówiąca, ale jednak zajawka i poligon przed pełnometrażowym show, kiedy to Behemoth będzie występował na prawach gwiazdy wieczoru.

Zaprezentowany set oparty był w przeważającej mierze na ostatnich krążkach. Słychać i widać, że Nergal jak zawsze stawia na starannie dobrane ozdobniki, które sprawiają wrażenie przemyślanych i spójnych. Rzeczywiście Behemoth pod tym względem nic się nie zmienia i wciąż się rozwija. Dzięki temu nie można obecnej odsłonie zarzucić monotonni.

Niezależnie od tego, czym przywalili: czy to jeszcze ciepłym „Bartzabel”, monumentalnym „Blow Your Trumpets Gabriel” czy też gdy cofali się dwukrotnie do Evangelion (2009) słychać było entuzjazm i szczerość, która potrafi nawet choć trochę przykryć posmak plastiku. O ile stylistyczna wypadkowa na przestrzeni lat radykalnie się nie zmienia. To jednak ów mix aktualnych trendów ekstremalnego metalu rozpiętych na blackened death metalowym maszcie nadal brzmi dość świeżo.

Niemniej dla mnie miłym akcentem było odwołanie się do nieco starszych płyt - jednego z hiciorów z Demigod (2004) „Conquer All” i zagranym na sam koniec „Chant for Eschaton 2000” z płyty Satanica (1999) – zwłaszcza ten drugi solidnie sponiewierał na finał.

Ostatni raz Behemoth na żywca widziałem jakieś 10 lat temu i wówczas byłem rozczarowany – bardziej oczarował mnie wówczas występ Morowe. Do tego stopnia, że przez te wszystkie lata jakoś nie było mi po drodze, aby wybrać się na kolejny koncert. Ostatecznie, z czystym sumieniem stwierdzam, że byłem miło zaskoczony tym co zobaczyłem w Gliwicach.

Tym razem Slayer dobierając suport postawił nie na ilość, ale zdecydowanie, na jakość. W przeciwieństwie do bardzo nierównych rozgrzewaczy, jakich mieliśmy okazję zobaczyć i posłuchać w zeszłym roku. Jeden gość specjalny, za to z przytupem. Odnośnie przytupu to odnoszę wrażenie, że Behemoth był równie dobrze (jak nie lepiej) nagłośniony niż Slayer. Z pewnością miał mniej problemów technicznych. Ciekawy był koniec, kiedy to cały zespół ustawił się w rzędzie z werblami przygrywając do odtworzonego outro „Coagvla”.

Słychać i widać, że Nergal trzyma rękę na pulsie i wie co jest teraz na czasie ale żeby już tak nie słodzić i rozpływać się w superlatywach, na koniec wrócę do początkowych rozmyślań. Nie żeby mi to specjalnie nie dawało spokoju, ale retorycznie zapytam: po co Behemoth tak namiętnie brnie i nurza się w oklepanym kiczu, w tym przebrzmiałym satanistyczno-antyklerykalnym Disneylandzie?

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura