Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
2 obserwujących 492 notki 182032 odsłony
Ignatius, 30 listopada 2018 r.

Będę... za wami... tęsknił: Slayer - Relacja

151 0 0 A A A

27.11.18 w łódzkiej Atlas Arenie odbyło się prawdziwe metalowe święto z cyklu Final World Tour. Z okazji pożegnalnej trasy Slayera, giganci thrashu zorganizowali mały przegląd piosenki amerykańskiej. Wybornym pomysłem okazało się zaproszenie weteranów: towarzyszy broni z Anthrax, przedstawicieli death metalu rodem z Florydy - Obituary. Najmłodszym zespołem (powstałym w połowie lat 90) był reprezentant tzw. nowej fali amerykańskiego metalu Lamb of God z stanu Wirginia. 

Kolejność występowania suportów wywoływał u mnie absmak (delikatnie rzecz ujmując). Jak na mój gust kolejność występowania zespołów na tejże trasie: Obituary, Anthrax, Lamb of God jest dyskusyjna. Gdyby jeszcze za tą decyzją stała kwestia jakości, to awans ostatniej grupy, byłby bardziej do zniesienia…

Wydarzenie to przepełnione było osobliwymi sytuacjami. Tuż przed występem pierwszego zespołu osoba, która siedziała tuż za mną omal mnie nie obrzygała. Tu wyrazy wdzięczności przekazać pragnę jegomościowi, który z refleksem i życzliwością uprzedził mnie przed swą spawającą partnerką. Jakże ten akt torsji literalnie uzewnętrznił atmosferę i styl pierwszego z występujących zespołów. Co raz intensywniej roztaczający się kwaśny aromat zwróconej treść żołądkowej idealnie współgrał, wręcz zazębiał się z muzyczną materią rozkładu death metalu. Niestety dopiero po drugiej interwencji, tuż przed występem Anthrax, obsługa dała się namówić na posprzątanie. Czyżby malownicza torsja była pierwszym objawem zakażenia wąglikiem? 

Między czasie kątem oka zarejestrowałem jak ktoś rzucił smakowicie wyglądający kawałek kabanosa. Przez nieudolną obsługę obiektu szczęśliwcy, którzy zdążyli upolować miejsca w pierwszym rzędzie zmuszeni byli przez większość czasu trwania wydarzania użerać się z bezmyślnymi osobnikami, którzy radośnie postanowili sobie stanąć przy barierce. Sfrustrowani, starający się przekrzyczeć muzykę danego zespołu, doprowadzeni do ostateczności, często siłą tłumaczyli swe racje na temat zakłócania widoczności. Byłem świadkiem nie jednego takiego desperackiego aktu rękoczynu.

Najbardziej dokuczliwą kwestią była absolutnie niezrozumiałe mrożenie hali. Tak jakby ktoś chciał sprawdzić czy piekło może zamarznąć. W pewnym momencie w łódzkiej Atlas Arenie zrobiło się rześko jak w chłodni. Pierwszy raz widziałem jak ludzie zaczęli wracać się do szatni po kurtki i czapki (sic). Zapewne dla osób bawiącym się na płycie sytuacja ta była pożądana (zwłaszcza podczas występu Slayera), jednak skazanie reszty na realny dyskomfort było totalnym nieporozumieniem. Nawet szczękający zębami przedstawiciele obsługi obiektu (odziani w koszulki z krótkim rękawkiem), niestety nie byli wstanie powiedzieć, dlaczego tak wychładzano hale koncertową.

Jako pierwszy wystąpił Obituary. Jest to zespół pielęgnujący tradycje oldschoolowego death metalu. Czołowi rzeźnicy specjalizujący się w śmierć metalu „na wolno”. Niestety z przykrością stwierdzam, że tamtego wieczoru Obituary wypadło dziwnie słabo. Tak jakby nie zdążyli się rozkręcić. Gig sprawiał wrażenie jakby muzycy byli momentami rozkojarzeni. Nadawało to występowi chaotyczny wydźwięk (niestety, nie w tym sensie, który byłby pożądany!). Nagłośnienie było całkiem niezłe i raczej selektywne. Mistrz gardłowania John Tardy, w swoich nieprzeciętnych wokalizach, był całkiem czytelny. Akompaniament wzajemnie się nie zagłuszał. Jednak ewidentnie zespół musiał mieć gorszy dzień. Mimo wszystko miło było posłuchać takich walców jak: „I’m in Pain” czy zamykający krótki występ tytułowy specjał z debiutu Słowly We Rot (1989). Najlepiej wypadli bracia Tardy: wyżej wspomniany wokalista oraz perkusista Donald Tardy.

Szczęśliwie reprezentanci wschodniego wybrzeża, zaprezentowali się od najlepszej strony. Gdybym nie widział wcześniej w akcji nowojorskich thrashersów pomyślałbym, że może to przez ambicje. Aby na tak wyjątkowej trasie wypaść jak najlepiej potwierdzając, że miano reprezentanta Wielkiej Czwórki nie jest na wyrost. To był zdecydowanie najbardziej dynamiczny występ (obok gwiazdy wieczoru rzecz jasna). Oślepiający blask żywiołowego zabiegania o atencje publiczności, znalazło swe odbicie w reakcji publiczności. Fani nierzadko wtórowali zespołowi demonstrując znajomość tekstów. Scenografia motywem nawiązująca do okładki Among the Living (1987) robiła dobre wrażenie. Pokrywało się to zresztą z repertuarem zaserwowanym przez Anthrax. Nowojorczycy oparli swój (niestety również) króciutki set na okresie drugiej połowy lat 80. Z naciskiem na trzeci długograj prezentując swoje największe hiciory. Już na samym starcie przyłożyli „Caught in a Mosh”, poprawiając coverem Joego Jacksona – „Got the Time” z albumu Persistence of Time (1990). Cały zespół dawał z siebie wszystko – wokalistę Joeya Belladonnę dosłownie nosiło po scenie. Gitarzyści z Scottem Ianem na czele szyli aż miło było słuchać. Tak właśnie powinno się grać thrash metal. Na koniec zespół zagrał obowiązkowy cover „Antisocial” francuskiej grupy Trust i „Indians”. Miłym gestem był hołd dla zmarłego perkusisty Pantery Vinnigo Paula. Na początek pierwszego utworu i na koniec ostatniego, zespół wplótł fragmenty utworu „Cowboys from Hell”. Wyszło to naprawdę wyśmienicie.

Opublikowano: 30.11.2018 23:15. Ostatnia aktualizacja: 08.12.2018 00:09.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Poliszynel Coś w tym z pewnością jest, ale popatrzmy na to z drugiej strony -  jednym...
  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...

Tematy w dziale Kultura