3 obserwujących
522 notki
198k odsłon
206 odsłon

Kamp All Nite: KISS - Relacja

Wykop Skomentuj

18.06 Po dwóch dekadach od pierwszego zapowiedzianego koncertu (który nie doszedł do skutku, ze względu na niesatysfakcjonującą ilość sprzedanych biletów) największe rock ‘n’ rollowe show na ziemi, w końcu odbyło się w naszej części świata. KISS nawiedził krakowską Tauron Arenę po raz pierwszy i ponoć ostatni raz (hmm gdzieś już coś takiego kiedyś słyszałem…).

Dla mnie i wielu zebranych KISS w Polsce, samo w sobie było niesamowitym wydarzeniem. Na przekór temu, że w naszym kraju KISS miał zawsze renomę popkulturowego żartu - nigdy tego nie mogłem pojąc tak, jakby z założenia muzyka rockowa, była „poważna” a jeden KISS miał czelność wyłamać się od tej reguły. W dużej mierze wpływ na to miała premiera albumu Dynasty (1979) który opacznie „zrozumiany” sprawił, że polscy słuchacze najprawdopodobniej powyciągali pochopne wnioski (to tak jakby przekreślić Stonesów za twórczość lat 80.) Oczywiście, że to kwintesencja amerykańskiego kiczu - ten zespół w założeniu przecież taki miał być, zapisując się na stałe w historii popkultury. Stając się jej ucieleśnieniem. Dziwne to tym bardziej, że generalnie stylistycznie KISS, tak bardzo nie odstaje od choćby wielbionego bezgranicznie AC/DC (przesada? rzeczywiście aż taka duża?).

Główne show poprzedził występ Davida Garibaldiego - malarza performera, znanego z udziału w America’s Got Talent (talent show, to jest dopiero plaga naszych czasów…). Pokaz polegał na dynamicznym i niezwykle ekspresyjnym malowaniu obrazów, pod wpływem fragmentów utworów, które leciały w tle. Na oczach zebranej publiczność namalowane zostały portrety Jimmiego Page’a, Ozziego Osbourna i oczywiście zespołu KISS (z autografami wszystkich członków zespołu), który można było „wygrać” będąc wylosowanym podczas loterii odbywającej się za pośrednictwem specjalnej platformy.

Ot ciekawostka, równie dobrze mogło by jej nie być - szczerze wolałbym aby KISS wtórował ZZ Top jak to miało miejsce dzień później w Pradze.

You Wanted the Best?!

Stało się! Marzenie wielu zgromadzonych w Tauron Arenie spełniły się w momencie, gdy zwyczajowo padły powyższe słowa.

Szaleństwo rozpoczęło się wraz z pierwszymi dźwiękami „Detroit Rock City” - trudno o bardziej mocny otwieracz - jeden z tych riffów, które się wielbi od pierwszego usłyszenia. Od samego początku widowisko było iście wybuchowe jak na KISS przystało. Co chwila odpalane były sztuczne ognie i detonowano petardy. Trudno sobie wyobrazić ich koncert bez porządnej dawki pirotechniki, w tej kwestii mało, kto może się z nimi mierzyć. Szybko poprawiono kolejnym mocnym ciosem z Destroyer (1976) – „Shout It Out Loud”.  

Od ostatniej trasy nieco się zmieniło – począwszy od wspaniałej scenografii, której potencjał wykorzystany został całkowicie. Zwłaszcza podczas solowych popisów poszczególnych muzyków. Poprawiły się wyświetlane animacje, które dla lepszego efektu wspierane były przez elementy scenografii (wyświetlony smok rzeczywiście ział na prawo i lewo potężnymi podmuchami ognia).

Oczywiście pewne elementy są stałe i muszą się na koncercie KISS przewinąć niczym rytuały. Do moich ulubionych należą ziejący ogniem Gene Simmons, który po wszystkim „wbił” w scenę płonącą pochodnie podczas „War Machine”. Nieodłączny krwotok w trakcie solówki na basie poprzedzający jeden z najcięższych kawałków KISS – „God of Thunder”. W trakcie, tegoż utworu Gene wzniósł się za pośrednictwem platformy pod same burzliwe niebiosa. Podczas „100 000 Years” Eric Singer popisał się całkiem niezłym popisem solowym, wspomaganym przez ruchome elementy scenografii.

Set jak widać nastawiony był na stare dobre przeboje. Dominowały co dziwić nie powinno utwory z KISS (1974) i Destroyer (1976).

Bardzo mocnym i pociesznym punktem programu był popis umiejętności gitarzysty Tommiego Thayera (od 2002 r. zastępuje Ace Frehleya), który ratował swą gitarą świat przed inwazją obcych. Solówkami strącając latające spodki. Całość miało charakter starej gry video, sam pomysł i wykonanie: kwestia wykorzystania potencjału scenografii, wizualizacji z ruchomymi platformami i strzelającą fajerwerkami gitarą zrobiły ogromne wrażenie.

Porównując z tym co grali podczas trasy na 40. lecie cieszy mnie fakt wyraźnego odświeżenia repertuaru. Dużą niespodzianką dla mnie było uwzględnienie utworu z płyty Hotter than Hell (1974) –„Let Me Go, Rock 'n' Roll”. Jeszcze milszym zaskoczeniem był bis podczas, którego zagrano nietuzinkowe i znaczące utwory w historii grupy: „Beth” i „Crazy, Crazy Nights” - zwłaszcza z tego pierwszego, perkusista Eric Singer doskonale sobie poradził z tą piękną balladą.

Ponadto z okresu bezmakijażowego oprócz wyżej wspomnianego hitu z Crazy Nights (1987) (w zasadzie jeden z nielicznych z tamtego okresu) i „Lick it Up”, do setu wskoczył jeszcze „Heaven on Fire” z płyty Animalize (1984).

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura