0 obserwujących
3 notki
3709 odsłon
  1606   2

Plastyczna twarz Lewandowskiego

Noc z trzynastego na czternastego czerwca nie była dla mnie łaskawa. Nieustannie się kręciłem, przewalałem z boku na bok. Przez moją głowę przelatywały najróżniejsze sny, a raczej koszmary. Jeden z nich poruszył mnie tak mocno, że zerwałem się na równe nogi. Zwykle nie pamiętam swoich nocnych wizji. Czasem tylko, choć wyjątkowo rzadko, w czeluściach mojej pamięci ostanie się jakaś pojedyncza scena, osamotniony obraz. I to był właśnie ten czas. Niewyraźne ujęcie odbijało się wewnątrz mojej czaszki niby wygaszacz ekranu w legendarnym już Windowsie XP. Wytężyłem wszystkie zwoje mózgowe, żeby wyostrzyć ten bliżej nieokreślony akt. Wielokolorowa breja zaczęła się układać w ludzką twarz w biało-czerwonym trykocie. Rozpoznałem ją momentalnie. – To przecież nasz kapitan, Robert Lewandowski… - wyszeptałem pod nosem, żeby nie obudzić mojej słodko śpiącej ukochanej.

Jednakże całemu temu procesowi wizualizacji towarzyszył pewien stres, jakaś złowroga niepewność. Wynikała ona najprawdopodobniej z mimiki naszego Supermana. Robert wydawał się być nie tyle zdenerwowany, co zdegustowany, może nawet zniesmaczony. Połączyłem wątki. Wieczorem gramy ze Słowacją. Czyżbyśmy mieli stracić bramkę? A może przegrać? HA! Przecież to niemożliwe. Mamy kilku topowych zawodników, zgrany kolektyw, zagranicznego (topowego!) trenera. Niee, to niemożliwe. Szczerze rozbawiony znów odpłynąłem do krainy snów.

Ale zapomniałem o arcyważnej kwestii. Nasi kopacze to specjaliści od zadań niemożliwych. Szkoda, że tylko w negatywnym tego wyrażenia wymiarze. Przegraliśmy 2:1 z jedną z najsłabszych drużyn na całym turnieju. 15 – minutowe szarpnięcia naszej kadry z początków pierwszej i drugiej połowy nie wystarczyły. Słowacja była w tym meczu do bólu pragmatyczna. Dzielnie znosiła napór Biało-Czerwonych, mając świadomość, że wysoki pressing pożera mnóstwo energii. Nasi południowi sąsiedzi wiedzieli, że muszą być cierpliwi, że ich szanse nadejdą. No i się nie mylili.

18 minuta. Mak z łatwością dryblującego Neymara zakłada siatkę Bereszyńskiemu. Kryjący „na alibi” Jóźwiak nie jest w stanie dogonić Słowaka. Ten strzela przy krótkim słupku, piłka po drodze odbija się najpierw od Glika, potem od słupka i w końcu od Szczęsnego. Ta bramka to festiwal niewytłumaczalnych błędów naszych piłkarzy.

69 minuta. Rzut rożny. Milan Skriniar zgarnia drugą piłkę i uderza z jedenastego metra w lewy dolny róg bramki. Szczęsny jest bezradny. Siedmiu naszych zawodników było bezpośrednio zaangażowanych w próbę zablokowania tego strzału. Zapytacie więc – jakim cudem stoper Interu Mediolan znalazł drogę do siatki? Przykro mi. Pewne pytania na zawsze pozostają bez odpowiedzi.

W tym tekście nie zamierzam jednak szczegółowo analizować gry wszystkich naszych piłkarzy. Chcę zwrócić uwagę na coś innego. Moim zdaniem dwie stracone przez Biało-Czerwonych bramki, a także czerwona kartka Grzegorza Krychowiaka to efekt nieuzasadnionego rozluźnienia zawodników z orzełkiem na piersi. Jakby kwadrans duszenia Słowaków na początku pierwszej i drugiej połowy im wystarczył. Jakby byli syci, zadowoleni po wcale nie tak obfitym posiłku.

Ale skąd to rozprężenie? Co się właściwie na nie złożyło? Czynników było kilka. Poczynając od ustawienia z trójką defensorów, które ewidentnie nie leży naszej reprezentacji, przez problemy z przygotowaniem fizycznym (przykładem spóźnione, kartkowe faule Krychowiaka), na niewłaściwym nastawieniu kończąc. Moim skromnym zdaniem, to właśnie ten ostatni czynnik był decydujący i przesądził o naszej porażce.

Jakże ważna w sporcie, ale też całym życiu jest wiara w zwycięstwo. Nieprzerwana i do samego końca. Z racji, iż piłka nożna jest grą zespołową, to wiara musi wypełniać serca każdego zawodnika. A jeżeli ktoś ją chwilowo utraci, to musi pojawić się lider, który od razu wypełni te puste serca nową nadzieją.

W pierwszym i najważniejszym meczu Polaków na Euro ta wiara była, ale starczyła w sumie na 30 minut gry. Po stracie gola w pierwszej połowie, nie byliśmy w stanie wyrównać do przerwy. Na drugą połowę wyszliśmy niezwykle zmotywowani, strzeliliśmy bramkę po pięknej akcji, ale schemat się powtórzył. Wiara uleciała jak para razem z drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartką dla Krychowiaka w 63 minucie. Chyba ta wiaropara skropliła się jednak w samej końcówce meczu i zwilżyła naszych stoperów. Gola z rożnego mógł strzelić Glik, bardzo bliski wyrównania był też Bednarek. Niestety, opad wiaropary był zbyt mały. Dokonaliśmy niemożliwego i przegraliśmy ze słabą Słowacją 2:1.

Wszystko wraca znów do naszego Roberta Lewandowskiego. Do jego miny. Tej zdegustowanej, wręcz zniesmaczonej. Wspomniałem już o tym, jak w sytuacjach kryzysowych powinien zachować się prawdziwy lider. Słowacja w 68 minucie miała nas na kolanach. Wyszła na prowadzenie, a my musieliśmy odrabiać straty w osłabieniu. Przyszłość naszych orłów w tym meczu rysowała się w ciemnych barwach. Nie szkodzi. Jeszcze mogliśmy wstać, a Słowaków potraktować soczystym sierpowym. Świat futbolu widział nie takie powroty. Wszystko było do odwrócenia, to spotkanie można było nawet wygrać. Ale potrzebna była wiara. Potrzebny był Lewandowski klepiący swoich kolegów po plecach, dodający im otuchy. Lewandowski motywujący, emanujący siłą i chęcią odwrócenia rezultatu. Tymczasem wokół Lewego rozpościerała się aura imposybilizmu. Rozkładał ręce, kręcił głową. Wyglądał, jakby nie wierzył w zwycięstwo. Jakby się poddał. Wiara wyparowała. Przegraliśmy 2:1.

Przed nami wciąż mecze z Hiszpanią i Szwecją. Wyjście z grupy jest możliwe, ale będzie cholernie trudne. Mimo wszystko nadal tli się we mnie jakiś płomyczek nadziei. Nazwiecie mnie naiwniakiem i pewnie będziecie mieli rację. Wolę jednak wierzyć w coś, niż nie wierzyć w nic…


Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport