Co jakiś czas w zachodnich mediach pojawiają się doniesienia o „polskich obozach zagłady”. Każdorazowy incydent tego rodzaju jest rzecz jasna sprawą skandaliczną i wymagającą natychmiastowej i zdecydowanej interwencji.
I w myśl tej zasady rząd postanowił nam zainterweniować raz a porządnie. Niestety, jak to w życiu – gdzie rząd „interweniuje raz a porządnie”, tam prawe na pewno rząd coś spartaczy.
Na niecodzienny pomysł wpadł bowiem minister Zdrojewski – otóż, żeby sytuacja z „polskimi obozami zagłady” się nie powtórzyła, wystarczy zmienić końcówki adresów internetowych muzeów z .pl na .eu. Nie jest to najwyższych lotów rozwiązanie. Ale o tym zaraz. Najpierw o gorącej wodzie.
Czy wręcz o wrzątku, w którym minister jest kąpany.
Otóż Pan Zdrojewski wyjawił swój pomysł zanim… Ministerstwo domeny wykupiło. Nie trzeba być Markiem Zuckerbergiem, żeby przewidzieć, że w kilkanaście minut po konferencji wszystkie wolne adresy z nazwami obozów były już wykupione. Duch przedsiębiorczości w narodzie wszak nie ginie.
Lecz – skoro rząd może kogoś wywłaszczyć z własności, to „znacjonalizowanie” domeny też nie będzie kłopotem.
Natomiast co do samego pomysłu. Nie podoba mi się. Po pierwsze – nie są to strony internetowe obozów koncentracyjnych (sic!), tylko witryny znajdujących się w Polsce MUZEÓW (domena .museum w sam raz).
Po drugie – nie sądzę, żeby zmiana domeny mogła coś zmienić. Jest to kolejna zagrywka-wydmuszka w stylu PO. Z zewnątrz może i wygląda ładnie. W środku sensu nie ma. A i żadnego uderzenia nie wytrzyma.
Natomiast z mojej strony postuluje nieco alternatywne podejście do tego rozwiązania. Jeśli już mydlić ludziom oczy – to na całego!
Rząd powinien natychmiast – drogą ustawy i ponad podziałami – w drodze uchwały wykluczyć Oświęcim czy Majdanek z Polski. Mieszkańców należy pozbawić obywatelstwa i deportować.
Wszelkie strony i przewodniki należy zmodyfikować tak, żeby nigdzie nie pojawiła się już informacja o tym, że dany obiekt znajduje się na terenie Najjaśniejszej. Dojazd dla turystów powinien zacząć się w Niemczech. Następnie należy zbudować tajne przejście graniczne między Niemcami a Krajem Nazistów. Droga między przejściem a danym muzeum powinna być pozbawiona wszelkich znamion Polskości. Podróżujący mogą widzieć tylko flagi ze swastykami, słyszeć po lasach odgłosy strzałów i ujadanie niemieckich psów. Raz na jakiś czas powinni pojawić się z kontrolą przemili panowie z MP40.
Wersja tańsza – w ramach cięć budżetowych – wymagałaby po prostu rozebrania obozu, przewiezienia go i odbudowania gdzieś pod Berlinem.
Bo przecież zamiast twardo grać o swoje i z całą stanowczością reagować na wszelkie przejawy „polskich obozów koncentracyjnych”, lepiej – na podobieństwo świetlanych dokonań bolszewików – uporczywie wmawiać ludziom, że białe jest czarne, a czarne białe. Czemu nie słyszymy o „niemieckim obozie Dachau”, „czeskim obozie Theresienstadt”, „francuskim obozie Natzweiler” czy „holenderskim obozie Hertogenbosch”?
Bo o swoje trzeba umieć zadbać.
Jak ja uwielbiam te czary. To prawie jak z nazwami ulic. Przecież jest oczywistą oczywistością, że zmieniając nazwy ulic – reliktów PRL – automatycznie poprawiamy realne żywoty Polaków i odcinamy się od ówczesnego know-how.







Komentarze
Pokaż komentarze (15)