4 obserwujących
47 notek
33k odsłony
  2602   3

Polska - Słowacja. Wracają stare demony

    No i nadszedł ten dzień. Zaczynamy mistrzostwa Europy i zaczynamy po raz kolejny zaskoczeni wyborem Paulo Sousy. Ja czasami mam wrażenie, że on te składy ustala randomowo. Nie sposób przewidzieć co Portugalczykowi przyjdzie do głowy. Dziś w składzie mamy osiemnastu środkowych pomocników, więc selekcjoner uznał, że środkiem do celu będzie zagęszczenie środka pola. Ustawienie 3-6-1, w takim jeszcze nie próbowaliśmy grać, ale może dobrze wyglądało to na treningach, albo Sousa dostrzegł coś, czego inni nie zauważyli. Jego wizja na dzisiejszy mecz wyglądała tak:

Szczęsny - Bereszyński, Glik, Bednarek - Jóźwiak, Krychowiak, Linetty, Zieliński, Klich, Rybus - Lewandowski

    Największe zaskoczenie to obecność w składzie pomocnika Torino. Wiosnę w Italii miał nieudaną, grał przeciętnie, stracił miejsce w podstawowym składzie i tylko od czasu do czasu pojawiał się na boisku w roli zmiennika. Zresztą sam Sousa go nie powoływał na wcześniejsze zgrupowania. Dostał powołanie dopiero na Euro, gdy okazało się, że można wziąć na turniej batalion piłkarzy. Najwyraźniej jednak wpadł w oko selekcjonerowi i dziś to on jest największym wygranym zgrupowania przed mistrzostwami.

    Dobrze zaczęliśmy mecz, przycisnęliśmy Słowaków, mieliśmy dużą przewagę. Zamysł z tym ustawieniem był taki, by grać maksymalnie szeroko. Jóźwiak i Rybus byli praktycznie przyklejeni do linii bocznych, Zieliński zajął centralną pozycję mając obok siebie Klicha z prawej i Linettego z lewej strony, a za nimi w roli typowego defensywnego pomocnika ustawiony był oczywiście Krychowiak. Obawiałem się, że będą sobie deptać po piętach, ale nie wyglądało to źle. Spora wymienność pozycji, Zieliński ładnie obracał się z rywalami na plecach. Może za rzadko cofał się po piłkę, ustawiając się wysoko pod Lewandowskim, przez co nie zawsze mógł go znaleźć podaniem Krychowiak. Tylko co z tego, że dobrze zaczęliśmy, skoro nic nam nie wpadło, a Słowakom i owszem. W jednej z nielicznych kontr Mak ograł z boku Bereszyńskiego i Jóźwiaka jak dzieci na orliku, wyszedł sam na sam ze Szczęsnym i sfinalizował akcję golem.

    Po bramce straciliśmy nieco koncepcję gry, trochę nas ten gol oszołomił. Słowacy zaczęli częściej przejmować inicjatywę, w 25 minucie Haraslin zatańczył z naszymi obrońcami w polu karnym, ale ostatecznie udało się go zablokować. Chwile później przymierzył zza pola karnego Kucka, na szczęście piłka przeleciała nad poprzeczką. Z czasem znów uzyskaliśmy przewagę i znowu nie przekładało się to na konkrety. Nasza gra była jednostajna, nie wypracowywaliśmy sobie sytuacji strzeleckich. Pomysł z ustawieniem Linettego w linii z Zielińskim i Klichem nie wypalił. O ile Klich starał się ciągnąć grę do przodu, parę razy dośrodkował w pole karne (inna sprawa, że wszystkie wrzutki posyłał na ślepo i wszystkie trafiały na głowy Słowaków) o tyle Linetty nic w ofensywie nie dawał. To nie jest jego pozycja, w klubie gra głębiej. Zastanawiałem się czym oczarował Sousę, że ten wystawił go w pierwszym składzie, dodatkowo nie na takiej pozycji na jakiej z reguły gra i nie wiem. Gdybyśmy chcieli zastosować wariant bardziej defensywny i ustawić Linettego w linii z Krychowiakiem, to bym zrozumiał, a tak nie wiem o co chodziło selekcjonerowi z takim ustawieniem pomocnika Torino. W każdym razie w pierwszej połowie nie zdało to egzaminu. Zagęszczenie środka pola nam się udało, mieliśmy przewagę w posiadaniu piłki, często szybko ją odzyskiwaliśmy po stracie, ale to był sukces na zasadzie - operacja się udała, pacjent zmarł.

    Drugą połowę zaczęliśmy kapitalnie. Świetna trójkowa akcja, zaczęło się od znakomitego, wypieszczonego, prostopadłego podania Klicha do Rybusa, który wystawił piłkę Linettemu i ten jeszcze nieczysto ją trafiając, zdobył gola. Narzekałem na grę Linettego w pierwszej połowie, no to pięknie mi odpowiedział na starcie drugiej części spotkania. Dodała nam ta bramka pewności siebie, przycisnęliśmy Słowaków, którzy nie byli już tak dobrze poukładani jak w pierwszej połowie. Nacieraliśmy z pasją, mnożyły się kolejne rzuty rożne. Wydawało się, że drugi gol jest kwestią czasu. No i w takich okolicznościach, nagle wszystko jebut i cały misterny plan... W niegroźnej akcji w środku pola Krychowiak ostemplował przeciwnika, za co ujrzał drugą żółtą i Auf Wiedersehen. Miękka ta żółta kartka, szczególnie, że to druga, która powinna być za wyraźne przewinienie, ale trudno, co zrobić, musieliśmy sobie radzić przez dalszą część gry w dziesięciu. No i niespecjalnie sobie poradziliśmy. Słowacy przenieśli ciężar gry pod naszą bramkę, wywalczyli rzut rożny, Skriniar zebrał drugą piłkę, nikt go nie przyblokował i załadował nam na 2:1. Nastały trudne chwile dla naszego zespołu, przyszło nam gonić wynik w osłabieniu. Dużo lepsze zespoły miałyby z tym problem. Zmiana Frankowskiego niewiele dała, za to Puchacz parę razy szarpnął po lewej stronie. Na pięć minut przed końcem Sousa wprowadził do gry Świderskiego i Modera. W 89 minucie zabrakło nam szczęścia. Po rzucie rożnym Lewandowski smyrnął piłkę głową, nieco zmieniając jej lot. Gdyby jej nie dotknął Glik niechybnie wpakowałby ją do bramki. Tylko błagalnie spojrzał na Lewego "po co to ruszałeś". Chwilę później Bednarek miał znakomitą sytuację na jedenastym metrze do bramki, wystarczyło tylko trafić w światło bramki. Nie trafił. Cisnęliśmy Słowaków do końca, bez skutku. Dziwny to był mecz, w momencie, kiedy złapaliśmy rytm, siedliśmy na Słowakach, przyjemnie patrzyło się na naszą grę, w ciągu kilku minut wszystko się posypało i odwróciło o 180 stopni.

    Coraz bardziej staje się realny scenariusz jaki najczęściej przerabiamy na mistrzowskich turniejach w ostatnich latach, czyli mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor.


Lubię to! Skomentuj118 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport