Leitmotivem ostatniego wydania „Gwarka” była kwestia parkowania samochodów przez radnych. A wszystko za sprawą jednego z nich – Krzysztofa Łozińskiego, który postanowił przepisom się nie kłaniać i z czołem dumnie podniesionem wgramolił się autem na sam rynek, gdzie obowiązuje zakaz ruchu. Nie jeden raz tam zresztą wjechał, bo – co sam przyznał na łamach – czynność tę praktykuje regularnie od ponad trzech lat.
Nim zdobędzie szturmem podręczniki prawa, casus Łozińskiego został tymczasem przeanalizowany na jednej z sesji Rady Miejskiej. Zagadnienie poruszył też osobiście burmistrz Tarnowskich Gór. Przy okazji wyjawiono opinii publicznej jeden z wątków bestsellera „Saga rodu Tuszyńskich”; ten mianowicie, w którym pewnego pochmurnego wieczora mąż Pani wiceburmistrz zajechał wprost pod schody ratusza, gdy wtem z czterech stron rynku wypadli przebrani za przypadkowych przechodniów strażnicy miejscy, którzy…
By nie psuć dobrej lektury, zakończenia intrygi oczywiście nie zdradzę. Wracając zaś do historii Łozińskiego, najzabawniejsze, przepraszam: najciekawsze jest w niej przekonanie głównego bohatera o swojej racji oraz jej uzasadnienie faktem pełnienia służby publicznej. Wychodzi więc na to, że wykroczenie dokonane zostało… służbowo.
Tym samym mechaniczna blokada na kole pojazdu radnego, która uniemożliwiła mu wykonywanie mandatu (czyt. oddalenie się z miejsca), nabrała cech niedopuszczalnej w demokratycznym państwie prawa, blokady politycznej. Zwłaszcza że niegodnego czynu – co ochoczo podkreśla winowajca i ofiara (właściwe proszę zakreślić) – dopuścili się podlegli burmistrzowi strażnicy akurat podczas tej sesji Rady, na której nie udzielono temuż absolutorium z wykonania budżetu.
Pojęcie „służbowo” to jednak tylko osobliwy wytrych, w który w minionej epoce wyposażony był w zasadzie każdy. „Służbowo” – rozumiane powszechnie jako: „Ku chwale Ojczyzny” lub „dla pomyślności ludu pracującego miast i wsi” – było po prostu dostatecznym alibi, by w godzinach pracy zdrzemnąć się nieco, przechylić kielicha, wynieść z zakładu to i owo, a funkcyjną ciężarówką odebrać z porodówki kuzynkę sąsiadki z noworodkiem i rodziną. W ten sposób stało się „służbowo” kwintesencją cwaniactwa, które znakomicie oddaje groteskowa scena z „Rejsu”, gdzie recytowane z poważną miną: „służbowo – na statek”, otwiera przed bohaterem kolejne drzwi.
Można zatem stwierdzić, że na przestrzeni dziejów przeszło „służbowo” ciekawą ewolucję, z argumentu werbalnego stając się stanem ducha, by nie rzec wręcz – mentalnym schorzeniem. „Służbowo” to obecnie przekonanie o doniosłości pełnionej funkcji i należnych z tego tytułu apanażach. W praktyce objawia się to np. kaskaderskimi popisami sędziów i posłów „na bani”, fantazją á la Rokita w Lufthansie, prywatnymi zakupami pokrywanymi z urzędowej karty płatniczej i… w tym miejscu przerywam, pozostawiając wolną przestrzeń na wpisy osobistych refleksji Czytelników.
Kamil Łysik
"Gwarek", 20.07.2010


Komentarze
Pokaż komentarze