Rozgdakali się ostatnio rozmaici znawcy problemu na temat niskiej frekwencji podczas uroczystości 90 rocznicy wybuchu II powstania śląskiego. Bo i – pomijając oficjalne delegacje oraz sztandary – pusto było pod pomnikiem w Katowicach. Nie ma co się jednak dziwić; przedobiednia pora obchodów zagwarantowała brak zainteresowania imprezą, ale za to pozwoliła przedstawicielom władz odbębnić służbowe obowiązki: złożenie kwiatów i uściśnięcie dłoni w godzinach pracy.
Można by zatem stwierdzić, że takie zainteresowanie społeczne – jakie powstanie. Mam bowiem wrażenie, że powszechnie używany dla określenia faktu historycznego termin jest mocno naciągany, pozostaje reliktem propagandy i pokłosiem narodowej megalomanii, która przynajmniej raz na dekadę potrzebuje krwawego zrywu. Nie zapominajmy wszak, że wydarzenie trwało zaledwie pięć dni, objęło tylko kilka powiatów i porównywanie go ze styczniowym lub warszawskim (co czyni się przydając mu identyczne określenie) zakrawa na afront wobec tych ostatnich.
Niby bez związku z powstaniem, a jednak; w Tarnowskich Górach uczczono ostatnio pamięć Panny „S”. Pytano się podobno na mieście, czy o tę pannę chodzi; co poniektórzy dziwili się, że jeszcze w ogóle dycha, a inni twierdzili, że jeśli z niej jeszcze panna, to jemu kaktus… Wiadomo, różnie ludzie gadają. A Panna wszak nie jest aż tak leciwa, liczy sobie ni mniej, ni więcej trzydzieści wiosen i – choć widuje się ją jeszcze tu i ówdzie – najlepsze lata ma już chyba za sobą.
Jej trzydziestych urodzin hucznie się wprawdzie nie obchodziło, ale nadmierne eksponowanie upływu czasu w pewnym wieku nie przystoi, a zwłaszcza pannom. W Tarnowskich Górach w każdym razie o sentymentalnej „S” nie zapomniano; była uroczystość – byli goście: starzy znajomi i młodzi absztyfikanci. Najpierw był jednak pomysł posła Tomasza Głogowskiego, by ochrzcić rondo u zbiegu ulic Wyszyńskiego i Gliwickiej imieniem NSZZ „Solidarność”. I to się chwali.
Szeroki (dziesięciomilionowy!) ruch społeczny, który jeśli nie doprowadził, to przynajmniej walnie przyczynił się do zasadniczych zmian na całym świecie, bez wątpienia bowiem na promocję zasługuje. Pod charakterystycznym szyldem NSZZ „Solidarność” ludzie znaleźli odwagę, by upomnieć się o wszystkie te wolności, z których dziś korzystają również ci, którym przedtem ich brak nie przeszkadzał.
Dlatego należy cieszyć się, że wreszcie również i w naszym mieście władza oficjalnie doceniła znaczenie „S”. I wcale nie przeszkadza mi – co podczas awantury z niedoszłym rondem katyńskim przedstawiano jako argument przeciw – że tak zacną nazwę bezcześcić będą odtąd drepczące przez nie z pobliskiego sklepu tłumy z wypakowanymi siatkami. Bez obaw, problemy z zakupami „S” zna jak mało kto.
Pojawiły się też ponoć wnioski, by nazwę ronda okroić do samego tylko terminu solidarność, pozbawić ją symboliki wskazującej bezpośrednio na ruch społeczny z lat 1980-1989. Jasne, można i w ten sposób. Można zmienić nazwy także pozostałych ulic i placów, np. Józefa Piłsudskiego na Józefa – a każdy w domyśle dopowie sobie ulubionego: Wybickiego, Stalina albo z Arymatei.
Dla każdego coś miłego, poprawność polityczna nie znosi ostrych kantów. Dobrze, że choć tym razem jej zabrakło i że znaleźli się tacy, dla których dziedzictwo sentymentalnej Panny „S” po latach nie pozostaje bez znaczenia.
Kamil Łysik


Komentarze
Pokaż komentarze (2)