– Dobry wieczór – przestępując próg tarnogórskiego Szpitalnego Oddziału Ratunkowego uniżenie skłoniłem głowę. – Zmiażdżyłem sobie palce dłoni prawej w liczbie sztuk 2 (słownie: dwóch) – wyrecytowałem i wyszczerzyłem zęby, co z racji pulsującego bólu musiało wyglądać bardziej na paskudny grymas, aniżeli przymilny uśmiech.
– Kartę NFZ i potwierdzenie ubezpieczenia – usłyszałem zza przeszklonej lady. Nerwowo sięgnąłem więc do portfela, by wykonać komendę.
– Proszę – powiedziałem podając kartę chipową – a z tym drugim, to o co chodzi? – zapytałem szczerze zdziwiony.
– No, zaświadczenie, że odprowadza pan składki – odrzekła znad monitora siostra, której przydzielono akurat biurokratyczne obowiązki, po czym dorzuciła – nie starsze niż siedmiodniowe.
– Aaa…, to nie mam, nie planowałem miażdżyć sobie kończyn w najbliższych dniach. Czy mam w takim razie wracać do domu? – byłem już gotów zrezygnować z pomocy medycznej. W odpowiedzi spod szyby wychynął druk oświadczenia, w którym „ja niżej podpisany zobowiązywałem się do przekazania potwierdzenia ubezpieczenia w terminie do”. Należało tylko wypełnić i podpisać, co też skwapliwie uczyniłem, dopytując dodatkowo, czy kwitek mam dostarczyć osobiście, czy też faksem.
– Można faksem, ale jak pan nie dośle, obciążymy fakturą za usługę – zagroziła biuro-piguła.
– O nie, przefaksuję w poniedziałek z samego rana! – odrzekłem.
– Faksować można od ósmej do pół do drugiej – stanowczy i profesjonalnie bezbarwny komunikat zza szklanej tafli uciął dalszą rozmowę.
Po trzech kwadransach, z rentgenowskim zdjęciem pod pachą i fachowo opatrzonymi paluchami zmierzałem zadowolony do wyjścia. W punkcie przyjęć dostrzegłem kilku nieszczęśników, którzy zapominając o swoich ranach posłusznie głowili się nad kolejnymi rubrykami formularza: numerem dowodu osobistego, numerem pesel, nazwiskiem panieńskim matki, wysokością dochodu netto z pięciu poprzednich lat w rozbiciu na kwartały itp., które ja na szczęście miałem już za sobą.
– Dziękuję. Dobranoc – pożegnałem się.
– Tylko niech pan nie zapomni w poniedziałek przesłać potwierdzenia – tym samym beznamiętnym głosem rozległo się w odpowiedzi. Minę musiałem widocznie zrobić niewesołą, bo też pani za szybą w momencie z administracyjnej przyoblekła się w ludzką postać i normalnym już głosem dodała – Wie pan, to nie nasza wina. Co chwila zmieniają się przepisy, a nam – za te liche pensje – dodają tylko papierkowych obowiązków.
– To znaczy, że na kartach chipowych nie ma zapisanych informacji o ubezpieczeniu pacjenta? – postanowiłem zasięgnąć informacji.
– Nie ma. Miały być, ale nie ma. Wie pan, jak jest w naszym kraju – tak, jak z tymi autostradami – miały być, ale ich nie ma. Chciałem jeszcze dopytać, po co w takim razie są karty chipowe, dałem jednak za wygraną.
W 1746 roku ksiądz prałat Benedykt Chmielowski wydał pierwszą polską encyklopedię o niewiele mówiącym lecz zgodnym z ówczesną modą tytule: „Nowe Ateny”. Dzieło wielebnego wysokich lotów zdecydowanie nie było, toteż w annałach historii zapisało się przede wszystkim jedno jego hasło, mianowicie opisujące konia: „jaki jest, każdy widzi”. I to byłoby wszystko w kwestii służby zdrowia.
Kamil Łysik


Komentarze
Pokaż komentarze