A Flakus dzieci nam germanił też nie będzie, w końcu „Polski my naród, polski lud – Królewski szczep piastowy”. Ze zdecydowanym sprzeciwem wobec kryptogermanizacyjnej polityki dyrektora gimnazjum w Świerklańcu, Kazimierza Flakusa, publicznie wystąpił miejscowy Wicewójt, mgr inż. Michał Lesik.
I odważnie nadstawił swą mężną pierś słowiańską, za którą w mig schowała się przerażona niemieckim okrucieństwem dziatwa, co na dźwięk znienawidzonego nazwiska niegdysiejszych krwiopijców (do tego Niemców i to o węgierskim rodowodzie – o Boże!) konwulsji dostaje.
Tylko patrzeć, jak wzorem wrześnieńskich bohaterów z 1901 r. uczniowie ze Świerklańca cichcem w szkolnej toalecie strajk w obronie mowy ojczystej uknują. A pod buławą Wicewójta zawiąże się powszechna konfederacja świerklaniecka przeciwko rozlewającej się po kraju niemczyźnie.
Nie może być przecież tak, że – w biały dzień, na polskiej ziemi – dyrektor publicznego gimnazjum nawiązuje kontakty z potomkami obecnego w Świerklańcu przez stulecia rodu! Że swą pasją zaraża młodzież, której przekazuje historię małej ojczyzny! Że z uczniami odwiedza w Austrii potomków familii, a ich samych zaprasza do szkoły! Skandal! Co innego, gdyby do programu nauczania wprowadzić dzieje rodu Lesików…
Kiedy podczas kampanii prezydenckiej w 2005 r. wyciągnął Kaczyński z kapelusza Tuskowi dziadka z Wehrmachtu, wątpliwa nowina nie wywarła specjalnego wrażenia na mieszkańcach Górnego Śląska. „Oupa w Wehrmachcie? – śmiano się na ulicach – Jo mioł tam obydwu!”.
Podobnie z Donnersmarckami; ich obecność w Świerklańcu jest jak kolumna Zygmunta w Warszawie, Wawel w Krakowie i ciemnota polityków w Polsce – stała, niepodważalna i wpisana w ducha miejsca. Nawet więc jeśli któryś z przedstawicieli arystokratów nie reagował podczas II wojny światowej na fakt wywózki mieszkańców okolicznych wsi do obozów, co też uczynił Wicewójt głównym zarzutem przeciw Flakusowi – czy fakt ten oznaczać ma automatycznie infamię całej dynastii (łącznie ze średniowiecznymi jej protoplastami)?
Każdy kto liznął historii Górnego Śląska wie, że pełno w niej niejednoznacznych przykładów – jak choćby posługujący się na co dzień językiem niemieckim ostatni Piastowie (noszący zresztą charakterystyczne imiona: Ludwik, Chrystian, czy Rudolf) lub odwrotnych dowodów – Karl von Koschützki-Larisch (nota bene rodem z podtarnogórskich Wilkowic), który zapisał się w annałach jako jeden z najgorętszych obrońców polszczyzny w XIX w.
Niby powszechna i ogólnodostępna, wiedza historyczna okazuje się jednak trudnoprzyswajalna dla polityków i urzędników, zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej. Czego wcale im nie gratulujemy.
Kamil Łysik


Komentarze
Pokaż komentarze