Jadowitym piórem Jadowitym piórem
248
BLOG

O "cholernym Gwarku" i innych gadzinówkach

Jadowitym piórem Jadowitym piórem Polityka Obserwuj notkę 0

 

W emocjonalnym liście do katowickiej „Wyborczej” z 26 listopada dziennikarka „Głosu Piekarskiego” zaprasza do debaty nad kondycją mediów lokalnych. Jej apel pozostał jak dotąd bez echa (chyba, że coś przeoczyłem). Szkoda, bo istotnie temat wart jest dyskusji, a problem mediów odbił się czkawką nawet podczas niedawnej kampanii wyborczej.

Pozwolę sobie zatem zabrać głos w sprawie. A jako wprowadzenie do stanowiska przedstawiam opis dwóch scenek rodzajowych z lokalnego – a jakże – podwórka.

Scena 1. Miejsce: elegancka restauracja. Osoby: wyłącznie przez wielkie „O” – same koronowane głowy; minister, marszałek województwa, senator, poseł, piękne panie, dostojni panowie. Uroczyście odśpiewany hymn państwowy, laudacje, peany na cześć, oklaski – „ą” i „ę”, że mucha nie siada. Konwencja tarnogórskiej Platformy Obywatelskiej.

Na podium właśnie wychodzi kolejny z utytułowanych mówców – doktor habilitowany nauk medycznych (specjalizacji nie podano). W swojej oracji Pan doktór – „człowiek z tej ziemi”, jak sam się prezentuje – porusza wątek „kłócących się panów H. i K.” (widać, że oczytany, pewnie właśnie świeżutko po lekturze „Procesu” Kafki), a także modłów, od których w senacie USA rozpoczynają – według uczonego – każde spotkanie (niestety nie wiemy, czy chodzi o różaniec, czy o litanię loretańską).

Wreszcie, ku uciesze publiki wspomina zacny medyk o „cholernym Gwarku”. Hahaha, ryczy w odpowiedzi sala. Poprawiając następnie „cholernego” na „bardzo dobrego” rozbawia słuchaczy do łez – hihihi, dostojeństwo podskakuje z uciechy.

Hehehe, chciałoby się zarechotać w doborowym towarzystwie, bo dowcip faktycznie przedni, w sam raz na profesorską miarę.

Scena 2. Miejsce: blog posła Głogowskiego. Osoby: burmistrz Czech (w roli folksdojcza) i narrator (bezstronny, rzecz jasna). Ostatni snuje opowieść, jak to zły burmistrz nazwał wyborcze publikacje konkurencji mianem „gadzinówek”, którymi – spieszy wyjaśnić głupkowatemu czytelnikowi – zwano pod okupacją oficjalną prasę.

Dalej wpada narrator w święte oburzenie, że demokracja, demagogia i denazyfikacja. Z trudem powstrzymuje się od oskarżenia Czecha o kolaborację z Gestapo. Dziadka z armii pruskiej też burmistrzowi nie wskrzesza; wyrozumiały jest – niech odpoczywa stary w pokoju.

Epilog. Mógłby być o źdźble i belce w oku. Ale religijnych manier amerykańskich senatorów nie jestem pewien. Podzielę zapewne zdanie wielu (a redakcję proszę o przebaczenie), że nie jest Gwarek gazetą marzeń. Pozostaje jednak niezależny od lokalnych mandarynów i miejscowych marszandów. Nie wchodzi też w skład wielkich koncernów, które matrycą urawniłowki odbierają tytułom lokalny koloryt.

Panie Profesorze, Panie Pośle – w tym właśnie największa wartość „cholernego Gwarka”. A skorośmy już przy kampanii, podstawowe zasady jej prowadzenia zalecają większą wstrzemięźliwość wobec mediów.

Kamil Łysik

"Gwarek", 14.14.2010

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka