Trudno nie śledzić z zapartym tchem kolejnych odcinków „Zapisków z utraty wagi”, publikowanych na łamach „Gwarka”. Choć jednak szczerze redaktorowi w walce ze zbędnymi kilogramami kibicuję, muszę przyznać, że dieta Tarskiego (podobnie jak Kwaśniewskiego, kopenhaska, kapuściana i inne wynalazki) niczym jest w porównaniu z dietą… poselską.
Media właśnie doniosły o strukturze kosztów biurowych parlamentarzystów w minionym roku. Przypomnijmy, oprócz pensji (ok. 12 tys. zł), miesięcznie każdy poseł otrzymuje drugie tyle na prowadzenie biura i inne „drobne wydatki”, z których musi się następnie rozliczyć. Jak wypada w tym zestawieniu nasz reprezentant, Tomasz Głogowski? Sprawdźmy.
Na tle swoich kolegów poseł ziemi tarnogórskiej nie jest zbyt gadatliwy, średni miesięczny rachunek telefoniczny płacił w wysokości 436 zł. Zdecydowanie preferuje za to Głogowski korespondencję tradycyjną oraz płatne ogłoszenia prasowe, na co poświęcił łącznie 6874 zł. Wykazał się też zamiłowaniem do lektury i higieny: w rubryce „materiały biurowe, prasa, książki, BHP” wpisał 5074 zł.
Na najem lokalu w całym 2010 r. Głogowski przeznaczył jedną piątą kwoty dotacji: 25,7 tys. zł. To nie tylko więcej niż inni okoliczni posłowie: Jacek Brzezinka, Lucjan Karasiewicz, Jerzy Polaczek, ale nawet parlamentarzyści warszawscy (np. Marek Borowski, Andrzej Czuma, Paweł Poncyliusz).
Tak hojny jak dla właścicieli lokalu Głogowski nie był już dla swoich współpracowników. Na wynagrodzenia przeznaczył zaledwie 17% kosztów biurowych (poseł Brzezinka aż 52%), co oznacza, że środków tych starczałoby na zatrudnienie w pełnym wymiarze tylko jednej osoby, której wynagrodzenie i tak pozostawałoby na poziomie niewiele wyższym niż płaca minimalna (1090 zł „na rękę”).
Na brak rąk do pracy poseł jednak w ubiegłym roku narzekać nie mógł. Pomimo olbrzymiej comiesięcznej dotacji na działalność biura korzystał bowiem z usług stażystów. Za ich pracę płacił jednak Urząd Pracy, a poseł oferował… doświadczenie i prestiż.
W ten też sposób lwią część kosztów biurowych (23,5%) Głogowski mógł przesunąć na przejazdy samochodem. W 2010 r. spożytkował na ten cel – bagatela – ponad 29 tys. zł, czyli 2420 zł miesięcznie! Zakładając w ub. roku średnią cenę benzyny Pb95 w wysokości 4,55 zł, oznacza to, iż każdego miesiąca poseł tankował na koszt podatnika ok. 530 litrów paliwa. Szacując zaś średnie spalanie na poziomie 9 l. na 100 km, mógł w ten sposób przejechać 5888 km.
Wcale interesujące, zważywszy, że parlamentarzyści mają przecież darmowe przejazdy komunikacją publiczną, w tym 1 klasą PKP, z których – jak można wnosić z treści bloga Głogowskiego – ten skwapliwie na trasie do Warszawy korzysta. Po co zatem (i kiedy) pokonuje nasz poseł co miesiąc dodatkowo odległość równą drodze z Paryża do Moskwy i z powrotem?!
Kamil Łysik
"Gwarek", 10.05.2011


Komentarze
Pokaż komentarze (2)