- Co tam, panie, w polityce?
- Eh, zostali my pono centrum tej, no, jak jej tam, Jewropy.
- Coś podobnego, a kiedyz to?
- A niby łot zawsze my byli, ale tero to prezydenty ogłosili, papiór jaki – znaczy się certyfikat wydali i pomnik stawiać bedo.
- Pomnik, we wsi nasyj? Łoświentapanienko, a kaj łone go zbudujom?
- No, jak to kaj? Pomnik centrum Europy na samym środecku wsi stanie: pomiędzy kijoskiem z gazetoma a to prywatno inicjatywo, no, budko z piwem. Tam, kaj tyn pies tero mocz oddaje.
- Mocz oddaje? Zlituj się, Antek, co ty godosz? Dyć pies szczo. Abo leje.
- Odkąd my w Jewropie – chamnie ty jeden – pies mocz elegancko oddaje, a ze mnie żoden tam Antek, ino Tony.
Przyznaję, rozmowę wymyśliłem co do joty. W ten właśnie sposób wyobrażam sobie spotkanie sąsiadów w litewskim Bernotai, geograficznym centrum Europy, gdzieś po 1991 r. Ot, taka sobie łysikowa licentia poetica.
A co, jeśli zechcielibyśmy hasło „centrum Europy” wyguglować? Wyszukiwarka proponuje 74 mln odpowiedzi. Do miana tego pretenduje bowiem co druga gmina na Starym Kontynencie – a wszystkie przekonują, że to akurat u nich znajduje się centrum: historyczne, ideowe, duchowe itd. I nie dziwota, bycie w centrum oznacza wszak prestiż, zaś Europa pozostaje synonimem rozwoju, postępu i kwintesencją nowoczesności.
Toteż dlatego w sferze komunikacji tak widoczne jest bezrefleksyjne, a z czasem bezwiedne uleganie modom. Europejskość odmieniana przez wszystkie przypadki stała się nic nie znaczącym, ale powszechnie obowiązującym pojęciem-kluczem, warunkiem koniecznym zaistnienia w dyskursie publicznym, niezbitym dowodem zdrowia w razie oskarżenia o oszołomstwo. Podobnie zresztą jak „obywatelskość”.
Rodacy ochoczo uczestniczą więc w osobliwych konkursach i z wywieszonym ozorem gonią w zawodach grand prix o zaszczyt najbardziej europejskich z narodów Europy. Politycy zaś wmawiają im rzekome znaczenie rozmaitych prezydencji, iwentów, akcji kreowania powiatów, happeningów itp. Wystarczy rzucić okiem na aplikacje pięciu miast kandydujących do tytułu „Europejskiej Stolicy Kultury 2016”: typowy cocktail nowoczesnego dizajnu (zwanego niegdyś wzornictwem) z nowomodnym pustosłowiem treści.
Celem tych zabiegów jest oczywiście promocja. Konia z rzędem jednak temu, kto odpowie, w jakim celu się ją prowadzi i co zamierza poprzez nią osiągnąć. Zapytajmy np. o intencje akcji marketingowej Tarnowskich Gór w centrum handlowym w Katowicach (koszt: 7 tys. zł) – przyciągnięcie biznesu, wzrost turystyki? Dobre sobie; już widzę te hordy zakupowiczów i galerianek, jak – umordowane całodziennym wyszukiwaniem promocji (tudzież klientów) – po przejściu (niedoszłą) alejką tarnogórską, głodne doznań estetycznych, zalewają miejscowe muzeum.
Nawet w marketingu potrzeba odrobiny twórczości. O spece od wizerunku, o eksperci od małp i papug, o ełrokraci doskonali!
Kamil Łysik
"Gwarek", 16.08.2011


Komentarze
Pokaż komentarze (2)