Jak przerżnąć wybory? Oto kwestia godna działaczy tarnogórskich struktur Prawa i Sprawiedliwości. Wprawdzie nazwiska kandydatów na posłów partia wciąż jeszcze wstydliwie skrywa za listkiem figowym (a przynajmniej w czwartek, kiedy piszę felieton), lecz co bardziej niecierpliwi zdecydowali ujawnić się na własną rękę.
Jednym z przebierających nogami okazał się Józef Burdziak, który kampanię postanowił zrobić na skróty i wynajął taran, mający mu utorować drogę na Wiejską. Tę mało wdzięczną rolę w spektaklu pt. „Głową w mur” odgrywa specjalnie zaproszony do Tarnowskich Gór prof. Jerzy Robert Nowak. Spójrzmy więc na biografię tej arcyciekawej postaci w świetle ogólnodostępnych informacji medialnych.
Zanim został czołowym ideologiem Radio Maryja i TV Trwam, jako II sekretarz ambasady reprezentował Nowak w latach siedemdziesiątych interesy PRL w bratniej Węgierskiej Republice Ludowej. Pracował także w podległym komunistycznemu MSZ Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.
W międzyczasie pisywał książki, gdzie prezentował dość osobliwe opinie. Wytknął np. prymasowi Węgier, legendarnemu Józsefowi Mindszenty’emu antykomunizm, a budapesztańskich powstańców z 1956 r. zbeształ za „antyradziecki nacjonalizm”. Po godzinach zaś – wg tygodnika „Wprost” i „Gazety Polskiej” – na niejawnym etacie kontaktu operacyjnego, współpracował Jerzy Robert vel „Tadeusz” z siostrą Esbecją.
Podczas gdy jeszcze w 1989 r. kandydował do Senatu z ramienia fasadowego w stosunku do PZPR Stronnictwa Demokratycznego, w późniejszych latach zasilił szeregi Porozumienia Centrum i radykalnej Ligi Polskich Rodzin.
Bo też przeżył był Nowak na początku lat dziewięćdziesiątych swoistą metamorfozę. Jako neofita stał się zajadłym krytykiem PRL i nieustraszonym tropicielem syjonizmu w życiu publicznym. Napisał nowe dzieła, których tytuły mówią same za siebie: „Antypolonizm – zdzieranie masek” lub „Kogo muszą przeprosić Żydzi”.
Oto rys biograficzny autorytetu tarnogórskiego kandydata PiS. Czy rzeczywiście Józef Burdziak utożsamia się z poglądami Jerzego Roberta Nowaka? A może w ogóle nie słyszał o kontrowersyjnej przeszłości swego gościa?
Jakby nie było, nieszczególnie świadczy to o politycznej przenikliwości byłego starosty. Pokazując się bowiem w tak ideologicznie skrajnym towarzystwie, dobrowolnie staje po stronie betonu, tracąc jednocześnie sympatię umiarkowanego elektoratu.
Chyba że – naciągnąwszy na głowę moherowy beret – robi Burdziak za Konrada Wallenroda. Jeśli tak, należą mu się wyrazy najwyższego uznania, gdyż lepiej (czyli gorzej) kampanii wyborczej faktycznie rozpocząć się nie dało.
Kamil Łysik


Komentarze
Pokaż komentarze (2)