Pani Janino,
kilku długich lat potrzeba mi było, szpitala bez klamek w oknach i tych wszystkich kolorowych pudełek z pigułkami, by pojąć, że Każdy z nas jest sam na świecie. Zamknięty jakby w twierdzy, może porozumiewać się z bliźnim jedynie za pomocą znaków, a znaki nie mają jednej, wspólnej wartości, ich znaczenie jest niejasne i wątpliwe. Staramy się usilnie przekazać innym skarby naszego serca, ale oni nie umieją ich przyjąć; idziemy więc samotni obok siebie, lecz nie razem, niezdolni poznać innych ludzi i nieznani przez nich.
Choć stale była we mnie obecna, długo jednak nie docierała bolesna prawda z fragmentu „Księżyca i miedziaka” Wiliama Somerseta Maughama, którym rozpoczęła Pani „Julię” – najpiękniejszą ze wszystkich swoich powieści. Historię, spod której oddziaływania – mimo upływu czasu – nie uwolniłem się do tej pory. I zapewne nigdy się już nie oderwę.
W niedzielę usilnie o Pani myślałem. Tym intensywniej, im bardziej w moim organizmie spadał poziom venlafaksyny, a wokół znów gromadziły się demony. Tak dobrze Pani znane, ale przecież nigdy nie oswojone zjawy i strzygi.
Poznaje Pani, Julio, tę tam? To chyba Przerażenie Jutrem. Nie pozwala odpocząć, dręczy listą pozornie błahych spraw, których załatwienie przekracza ludzkie możliwości. A tamtą, zwiewną i szarą? Oto Rezygnacja – wlewa w duszę pustkę, napełnia ją doskonałą próżnią, podczas gdy otoczenie zauważy w niej ledwie niegroźną i płochą Apatię.
Jest i Samotność, Pani dobra znajoma. Czasem stricklandowsko-gaguinowska, innym razem zupełnie swojska, tutejsza, ale zawsze jednakowo straszna. Idzie pod rękę z Wrażliwością, najgorszą z mar. A za nimiczłapie Niezrozumienie i już tylko uśmiecha się z pobłażaniem. Zupełnie jak wszyscy ci ludzie wokół.
Znad filiżanki kawy w „Europejskiej” (gdyby tylko Pani wiedziała, jak nie znoszę tego Krakówka!) i w kłębach tytoniowego dymu, Pani też się uśmiecha. Tak nieśmiało, delikatnie i jakby z oddali. Nigdy nie wiedziałem, czy to wielkodusznie i ze zrozumieniem dla moich bredni, czy tylko z grzeczności.
A potem, na pożegnanie, rzuca Pani anegdotą. Raz pluszową, przytłumioną, innym razem wprost – wręcz nie przystającą damie. Jak tą z moherem, który – wychodząc zimą z kawiarni – obwieściła Pani wszem i wobec, że zakłada na głowę. Albo zagadkę o Ormianach. Pamięta Pani? Pewnie nie. Wszak dla Pani to jedna z tysięcy dykteryjek.
No, to pójdę już zapalić, Pani Janino. Po czym zatrzasnę na powrót okiennice mojej twierdzy. Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach/A ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą Julio...?
à bientôt!
Kamil Łysik


Komentarze
Pokaż komentarze