źle się dzieje w stolicy i nie ważne czyja wina, czyj błąd. I nie podoba się każdemu w Polsce co tam się wyrabia. Nie tak, oj nie tak powinno się dziać przed centralnym przybytkiem polskiej państwowości. Dziedziniec przed Pałacem Prezydenckim (dawniej Namiestnikowskim) jest areną gorszących scen.
Każdy w Polsce wie, że
Pałac Prezydencki to charakterystyczna budowla w stolicy. Dawniej zwany Namiestnikowskim, a to dlatego, że przez krótki okres czasu, za Kongresówki był siedzibą gen. Zajączka – namiestnika Królestwa Polskiego. Później przechodził różne koleje losu, by większego znaczenia nabrać po odzyskaniu niepodległości. Po 1919r. był siedzibą Rady Ministrów, którą stał się ponownie we wczesnym peerelu i był nią do czasu przeniesienia URM-u w aleje Ujazdowskie. Od połowy lat sześćdziesiątych był Pałac zasadzie reprezentacyjnym pustostanem, tj. miejscem nie będącym siedzibą żadnego ważnego urzędu państwowego. Przypomniano sobie o nim dopiero w latach 90-tych XXw. Kiedy okazało się, że dotychczasowa siedziba Głowy Państwa Polskiego – Belweder – na tle siedzib głów innych państw prezentuje się zbyt mało okazale, niczym kiosk ruchu przy domu towarowym. Od prezydentury Lecha Wałęsy Pałac Namiestnikowski stał się Pałacem Prezydenckim.
Każdy w Polsce wie, że
nie sam Pałac na chwilę obecną jest najistotniejszy, ale obszerny plac przed nim i to co na nim stoi i się dzieje. U krańców „podkowy” Pałacu plac styka się z Krakowskim Przedmieściem. Na tym styku wylegują się dwa stare, bo liczące 180 lat lwy kamienne co prawda, ale przykute łańcuchami, co złośliwie komentuje się „aby nie uciekły”. Pomiędzy parą lwów przez minione 180 lat planowano postawić lub też postawiano pomnik ku czci różnym postaciom, w zależności od tego czy panowały czasy serwilizmu wobec wschodniego Imperium, czy też syberyjskie mrozy przyniesione przez wiatr ze wschodu, czy też czasy zachłyśnięcia się wolności i niepodległością, czy też czasy nijakie, czyli peerelowskie. Jaki w Polsce panował klimat polityczny, taki też w tym miejscu pojawiał się pomnik. Kolejno były to pomniki: Paskiewicza, Legionisty i księcia Józefa Poniatowskiego. I tylko stare, leniwe lwy wylegiwały się tam niezmiennie, przez nikogo nie dręczone.
Każdy w Polsce wie, że
kiedy po uniesieniu napoleońskim nastała epoka Kongresówki, a z nią klimat serwilizmu wobec Imperatora i jednocześnie króla polskiego (bo przecież nie Polski i nie Polaków) ubłagała jedna z arystokratek zgodę na wybudowanie pomnika. Postać, którą pomnik miał przedstawiać była dla Imperatora niezbyt miła, bo była postać z którą on sam i jego poprzednicy potykali się zbrojnie, a która w czasach swojego apogeum po ulicach Moskwy wraz z Napoleonem kroczyła. Zginąwszy w wodach Elestery ks. Józef Poniatowski stał się bohaterem narodowym i jego to chciano uwiecznić na pomniku, który planowano wznieść przez Pałacem Namiestnikowskim. Uwieczniony czy to na portretach, czy to na obrazach batalistycznych ks. Józef, generał Armii Rzeczypospolitej Polskiej i francuski Marszałek, przedstawiany jest zawsze w mundurze wyorderowany Orłem Białym i Virtuti Militari, bo jakże by inaczej. Tak też lud Warszawy spodziewał się uwiecznienia bohatera narodowego w kamieniu lub brązie, a nawet jako rycerza z piersią okrytą pancerzem. Tego jednakże jego rosyjska imperatorska mość nie zniosłaby i nie wyraziłaby łaskawie zgody na wzniesienie pomnika tak właśnie przedstawiającego Poniatowskiego. Orędownicy wzniesienia monumentu skłonili się do fortelu, by taką zgodę uzyskać. I uzyskali ją, nie uzyskując jednakże pochwały ze strony społeczeństwa Warszawy. Wielkie było bowiem rozczarowanie społeczeństwa polskiego, kiedy z Danii przywieziono projekt pomnika polskiego żołnierza, na którym nie było ani śladu munduru.
Każdy w Polsce wie, że
Bertel Thorvaldsen uwzględniając chęć fundatorów trzymania się aktualnej linii politycznej i stania na gruncie serwilizmu zaprojektował niekontrowersyjny projekt pomnika. Akceptowało go oko imperatora, nie akceptowały do oczy ludu stolicy. Przybyły do Warszawy gipsowy projekt pomnika był w istocie wierną kopią kapitolińskiego pomnika cesarza Marka Aureliusza. By nie złościć cara duński artysta posunął się tak dalece, że koń pod ks. Józefem jest znacznie spokojniejszy, tak jakby generał udawał się na przejażdżkę po Łazienkach, podczas, gdy wierzchowiec cesarza wydaje się być w pełnym galopie, jakby prowadził Legion do walki.
Nie dane było jednak stanąć im przed Pałacem Namiestnikowskim, bo kiedy odlew z brązu był już gotowy car cofnął zgodę na jego postawienie… Trudno się mu dziwić, skoro było to tuż po upadku Powstania Listopadowego i nawet taka serwilistyczna wersja pomnika ks. Józefa Poniatowskiego nie mogła stanąć w Warszawie. Uprzednio car upatrywał w swojej zgodzie na pomnik nagrodę za grzeczność. Powstanie dowiodło, że Polacy na taką nagrodę nie zasłużyli..
Każdy w Polsce wie, że
wywieziono zatem monument hen na wschód, gdzie przez lata stał w dobrach Paskiewicza – pacyfikatora Kongresówki później namiestnika, zaś kilkadziesiąt lat później miejsce przed Pałacem Namiestnikowskim wypełniono monumentem tegoż. Tak oto, zamiast pomnika bohatera narodowego stolica doczekała się pomnika swojego oprawcy.
Hańby tej nie sposób było znieść i kiedy tylko władza carska ze stolicy ustąpiła monument ten usunięto.
Każdy w Polsce wie, że
w latach dwudziestych wzniesiono przed Pałacem Namiestnikowskim pomnik Legionisty, który przetrwał do II wojny światowej.
Wtedy też powrócił do Warszawy pomnik księcia Józefa, który znajdował się na terenie ziem nie odzyskanych przez Rzeczypospolitą Traktatem Ryskim. Jako polskie dzieło sztuki mógł jednak wrócić do stolicy.
Odzyskany pomnik Poniatowskiego ustawiono przed Pałacem Saskim, którym mieścił się Sztab Generalny WP. Chcąc nie chcąc, półnagi, w zwiewnych rzymskich szatach symbolizował słabość polskiego oręża. Przed tym pomnikiem Hitler odbierał defiladę zwycięzców.
Po upadku Powstania Warszawskiego pomnik ks. Józefa hitlerowcy wraz z całym Pałacem Saskim wysadzili powietrze.
Każdy w Polsce wie, że
pomnik powrócił do kraju ponownie. W latach pięćdziesiątych XXw. jako dar Królestwa Danii, sporządzony na podstawie pierwotnego odlewu wykonanego przez Bertel Thorvaldsen.
Umieszczono go w Łazienkach przed Starą Pomarańczarnią, zaś kilka lat później przed Pałacem Namiestnikowskim.
Od razu stał się przedmiotem drwin i pretekstem do powiedzonek typu „Goły jak ks. Józef”, „Spłukany w Elesterze” itd…
Każdy w Polsce wie, że
dziś, kiedy w Pałac Namiestnikowski jest wreszcie Pałacem Prezydenckim drwin przybywa: „Co widzi prezydent z okien Pałacu? A koński zad widzi…” Pomnik ustawiono frontem do ulicy, co powoduje, że będący w Pałacu widzą Les dos marszałka Francji i zad wierzchowca, którego dosiada, co należałoby uznać za afront. Nie jest to najwłaściwsze usytuowanie, ba - miejsce na tego rodzaju pomnik. Bez wątpienia plac przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach byłby znacznie lepszym miejscem. Pomijając mało wojenne szaty generała wojsk polskich, którego pomnik ma przedstawiać, to kiedy przyjrzymy się rysom twarzy stwierdzimy brak podobieństwa do fizjonomii Poniatowskiego uwiecznionej w innych pomnikach czy też portretach. Nie wiedzieć czemu, bo tym razem nie przez zapatrzenie w pomnik Marka Aureliusza nadano księciu twarz rzymskiego amorka bardziej niż jego własną.
Każdy w Polsce wie, że
potrzebna zmiana, a niezdrowa sytuacja, która powstała na Krakowskim Przedmieściu wynika po części przekonania, że pomnik ks. Józefa Poniatowskiego vel polskiej wersji Marka Aureliusza musi stać w miejscu w którym stoi i inna jego lokalizacja nie jest możliwa. Dziwny to pogląd reprezentowany przez władze Stolicy, nie uwzględniający choćby faktu, że przez kilkanaście lat stał w innym miejscu i wielkiej ujmy ani samemu pomnikowi, ani też Pałacowi Namiestnikowskiemu to nie przyniosło. Dziś Pałac Prezydencki także nie straciłby na swoim image, gdyby ten Bogiem a prawdą mało udany pomnik ks. Józefa zmienił swoją lokalizację. Pomnik, który zamiast podkreślać potęgę oręża polskiego mieści się raczej w klimatach gaju oliwnego, zamiast ekspresji batalistycznej zawiera spokój popołudniowej przejażdżki potulnym wierzchowcem.
Każdy w Polsce wie, że
Zmiana lokalizacji jest niezbędna, bo od przeprowadzenia tej zmiany uzależniony jest spokój i ład w okolicach Pałacu Prezydenckiego – obecnie centralnego miejsca polskiej państwowości. Dalsze, nieprzejednane stanowisko co do jedynie słusznego miejsca postoju tego pomnika jest nieuzasadnione. Ot, chociażby pomnik Marszałka Piłsudskiego nie tak dawno wzniesiony. Dziś, stwierdza się wyraźnie, że umieszczono go w miejscu niewłaściwym, bo żołnierze w czasie uroczystości stoją plecami do Marszałka… Więc powinien on zmienić miejsce postoju.
Powstała po usunięciu pomnika wolna przestrzeń będzie najgodniejszym w Warszawie i Polsce miejscem na pomnik-mauzoleum upamiętniający wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)