Trzydzieści lat temu byłem uczniem III klasy LO. Początek lata był wtedy podobny do tegorocznego. Na Pogórzu, tam gdzie spędzałem początek wakacji lało niemiłosiernie. Widziałem wtedy pierwszy raz w życiu na własne oczy górską powódź - jak mały strumyk występuje z wąwozu, którym zwykle leniwie płynął i niszczy ludzki dobytek. Woda podmyła drogę i przez kilkanaście tygodni wioska była odcięta od świata.
Później była Olimpiada w Moskwie i kibicowało się naszym sportowcom: Pamiętam wspaniały bieg Bronka Malinowskiego, skoooooooooook Kozakiewicza z gestem, a na koniec perfekcyjne ujarzmienie wierzchowca przez J. Kowalczyka…
Kiedy na dwa tygodnie wyjechałem na obóz wędrowny w okolice Krakowa, na którym musieliśmy się sami zaopatrywać w żywność, ze zdziwieniem zauważyłem długie kolejki przed sklepami spożywczymi. Nie były to sklepy mięsne, przed którymi ogonki były czymś normalnym. Okazało się, że nagle w Polsce zaczęło brakować masła i ludzie w tych kolejkach stali po masło. Wieść gminna głosiła, że Gierek wywiózł masło do Moskwy na olimpiadę, żeby posmarować Breżniewowi… Tak przynajmniej ludzie mówili w tych ogonkach. Rok wcześniej słodziliśmy herbatę miodem sztucznym, bo nie mieliśmy kartek na cukier, a teraz wakacyjna nowość: kanapki bez masła…
Kiedy wróciłem z obozu stwierdziłem, że wieczorami wszyscy wysiadują przy radioodbiornikach a następnego dnia w kolejkach już po wszystko, bo sklepowe półki szybko pustoszały, ludzie przed sklepami łamali sobie język wymawiając nazwisko Lecha...
Później w mieście stanęły tramwaje i autobusy… Zrobiło się cicho, bo nie było ich dudnienia po szynach… i rzężenia silników.
Wszyscy czekali z nadzieją, że tym razem się uda….
W chwili, kiedy w Gdańsku podpisywano porozumienia byłem na piłkarskich derbach Łodzi. Owacją przyjęto, kiedy piłkarz silnym kopnięciem wybił piłkę na aut, a ona trafiła w milicjanta… W przerwie meczu speaker podał wiadomość, że właśnie w Gdańsku zakończył się strajk… I zaczęła się era SOLIDARNOŚCI .
Podczas uroczystego rozpoczęcia roku szkolnego dyrektor Liceum powiedział: „Cieszę się, że jesteśmy razem, bo to różnie mogło być.”
Jako uczeń liceum oczywiście nie należałem do SOLIDARNOŚCI ale przecież żyło się klimatem tamtych dni… Przez krótki okres czasu siedziba Zarządu Regionu SOLIDARNOŚCI była naprzeciwko szkoły… Sprawy nie układały się najlepiej. Był już późny październik, kiedy komuniści odmówili rejestracji związku. Następnego dnia idąc do szkoły spotkaliśmy brodatego mężczyznę… właśnie zaczął rozdawać pierwszą ulotkę SOLIDARNOŚCI informującą robotników o poczynaniach władzy.
- Gdybyście mogli nam pomóc, byłoby fajnie…
No i poszliśmy po lekcjach w kilku chłopaków. Pamiętam, że całe popołudnie i wieczór pisaliśmy na nagłówku ulotek NSZZ SOLIDARNOŚĆ. Na świeżo zdjętych, spod wałka, z matrycy białkowej. Wtedy Związek nie dysponował jeszcze powielaczami i żeby ulotka się wyróżniała zatrudniono nas do naniesienia na niej NSZZ SOLIDARNOŚĆ.
Dano nam flamastry i mazaliśmy, może trochę nieporadnie, może to nie było to co później zdobiło pierwsza stronę „Tysola”, ale zawsze. Było, naszymi uczniowskimi rękoma NSZZ SOLIDARNOŚĆ.
Nie pamiętam już ile razy każdy z nas napisał NSZZ SOLIDARNOŚĆ może 100, może 300razy, może na ryzie, może na dwóch. Nie pamiętam, ile mazaków każdy z nas zużył, Pamiętam, że z każdym wyczerpanym mazakiem NSZZ SOLIDARNOŚĆ stawała mi się coraz bliższa. Pamiętam, że prawie nieprzytomnych wygoniono nas z siedziby regionalnej NSZZ SOLIDARNOŚĆ, tak abyśmy zdążyli na ostatni tramwaj. Pamiętam, że wychodziliśmy z rękoma umorusanymi czarną drukarska farbą, bo w tymczasowej siedzibie NSZZ SOLIDARNOŚĆ nie było się gdzie umyć.
A następnego dnia robotnicy w zakładach pracy dostali ulotki z napisanym uczniowskimi rękoma nagłówkiem NSZZ SOLIDARNOŚĆ. I moją ręką również...




Komentarze
Pokaż komentarze