Polskie dzieci uczą się religii w szkołach i ja się z tego bardzo cieszę…
Pamiętam, że byłem zmuszony chodzić na lekcje religii do przykościelnych salek katechetycznych… Salki mieściły się nad zakrystią, na kościelnym poddaszu… wchodziło się tam po takich stromych i krętych drewnianych schodach… jak do tajnych zakamarków jakiegoś zamczyska… czasami ktoś wyłączył światło i udawał ducha… się wtedy działo… W salce było małe okrągłe okienko z krzyżem w witrażu… z boku stał piec z białych kafli… co jakiś czas siostra zakonna, a w starszych klasach ksiądz podrzucał bryłę węgla… Pomimo, że ogień figlował w palenisku, w salce wcale nie było ciepło, dlatego też opowieści o Jezusie z Nazaretu słuchaliśmy siedząc w kurtkach…
Przyznam się, że czasami nie chciało mi się iść na religię, szczególnie jak w listopadzie szalały jesienne szarugi, a po obiedzie w domciu było przytulnie, a poza tym telewizja puszczała Zwierzyniec albo Ekran z bratkiem… W którejś klasie rodzicom udało się załatwić dla mnie, po staniu w pięciogodzinnej kolejce wejściówkę na basen… pech chciał, że basen idealnie pokrywał się z lekcjami religii… Otrzymawszy od księdza katechety Pater Noster (że wolę basen od katechezy) musiałem przepisać się do innej klasy…
Przed pierwszą Komunią św. Na religię chodzili, tzn. byli przyprowadzani przez rodziców wszyscy z klasy, ale już w trzeciej klasie liczba chodzących zmalała o jakąś ¼ i na tym poziomie przetrwała do ukończenia podstawówki i do Bierzmowania..
Natomiast w szkole średniej z sześciu grup-klas udało się nas zebrać na dwie grupy-klasy.
Dlatego po 1990r. bardzo się cieszyłem, że nauczanie religii wróciło do polskich szkół. Później już jako dla rodzica było to korzystne chociażby z tego powodu, że odpadł obowiązek dopilnowywania, czy dziecko poszło na lekcje religii po południu, czy nie.
Pod tym względem Polska wróciła do Europy bo z książek i filmów wiedziałem, że np. w Anglii dzieci modlą się w szkole na początku dnia i mają lekcje religii. Wiele szkół ma za patronów świętych. Podobnie jest w Niemczech, Danii, Hiszpanii, Włoszech, Grecji. Wszędzie tam dzieci uczą się religii w szkołach. Nie zmienia tego nawet dojście do władzy partii socjalistycznej. Nie stoi temu na przeszkodzie rozdział Kościoła od państwa. Zresztą, w zakresie nauczania religii oznacza on tylko tyle, że podręczniki i program nauczania układają duchowni lub są one zatwierdzane przez władze kościelne.
Ekstremalnie rozdział Kościoła od państwa pojmowany jest we Francji i powoduje on, że środy, czyli najlepsze dni tygodnia pod względem aktywności umysłowej są dla uczniów dniami wolnymi od nauki w szkołach, z racji pobieranych lekcji religii, co nie może odbywać się w szkołach państwowych.
Tymczasem słyszy się głosy o konieczności eliminacji religii z polskich szkół w imię właśnie rozdziału Kościoła od państwa. Nauka religii miałaby powrócić do salek katechetycznych. Gdyby to miało nastąpić, to w stylu francuskim należałoby ustanowić jeden dzień wolny od zajęć szkolnych, aby w tym czasie dzieci chodziły do przykościelnych salek na lekcje religii. Hm… znając skłonność polskich dzieciaków do swawoli, w dużych miastach zaroiły by się nimi galerie i centra handlowe… Ciekawe, czy na tym komukolwiek zależy? Jako rodzic nie byłbym tym zainteresowany, a to z uwagi na konieczność baczenia, co dziecko w tym czasie robi i czy nie wykorzystuje tego dnia w sposób niegodziwy. Innego rozwiązania kraje europejskie nie znają a zmuszanie dziecka, aby naukę religii musiało pobierać w godzinach popołudniowych jest niedopuszczalne.
Pozostaje problem istnienia w szkołach lekcji alternatywnych wobec religii – lekcji religii na które miałyby uczęszczać dzieci z rodzin ateistycznych. Podkreślić należy, że takiej alternatywy nie ma w żadnym kraju europejskim. Jeżeli dziecko jest nie wierzące (bo ma rodziców ateistów) to nie uczęszcza na lekcje religii i już. Żadnej alternatywy nie przewiduje się. Skądinąd wiem, bo etyka była przedmiotem obowiązkowym w czasie moich studiów uniwersyteckich, że jest to dział filozofii niezwykle trudny do przekazania i opanowania przez uczniów (studentów). Uczenie pierwszaków i w ogóle uczniów podstawówki o teoriach dobra i zła wydaje mi się zadaniem nie do wykonania. Być może umysł ucznia gimnazjum jest w stanie taką wiedzę w należyty sposób sobie przyswoić. W szkole średniej natomiast, etyka wraz z propedeutyką filozofii mogłaby być normalnym przedmiotem, normalnym tj. nie alternatywnym wobec religii. Myślę, że w 1990 roku nieostrożnie wprowadzono etykę jako alternatywę wobec religii, troszeczkę na zasadzie Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek… Ogarkiem tym niefortunnie została etyka, której nota bene wszelki diabeł boi się na równi z religią… Ponieważ jest niezmiernie trudno uczyć etyki dzieciarnię z podstawówek, stąd w niewielu szkołach istnieje taka możliwość. Ludzie bowiem w naturalny sposób stronią od wykonywania czynności z natury niemożliwych. Ale ponieważ de iure to nauczanie powinno mieć miejsce dano różnym diabłom powód do zaczepki, że powinno a nie jest, co ma oznaczać prześladowanie ateistów… i tak co jakiś czas (raz do roku z początkiem września) różnej maści diabełki ronią łzy, że uczeń z przedziału klas 1-3 zgłębiający tabliczkę mnożenia i pisownię polską nie może „kształtować w sobie refleksyjnej postawy wobec człowieka, jego natury, powinności moralnych oraz różnych sytuacji życiowych, że nie jest przygotowywany do rozpoznawania wartości i dokonywania właściwej jej hierarchizacji.”
Problem być albo nie być nauczania religii w szkole okazjonalnie pojawia się w mediach, jest to raczej problem wydumany niż rzeczywisty. Jego istnienie podsyca wprowadzenie tej nieszczęsnej alternatywy religia/etyka. Gdyby jej onegdaj nie wprowadzono nie istniałby powód do zaczepki. Pomijając to, nauka religii w polskich szkołach ma się dobrze i nic jej nie zagraża.




Komentarze
Pokaż komentarze (5)