Czterdzieści lat temu miałem 7 lat, czyli byłem pierwszakiem... Pamiętam dwie niedziele grudniowe... Pierwszą, kiedy rodzice przy stole prowadzili rozmowę w stylu: "daj spokój, przeciez tak nie moża, tu się nie da żyć..." To były komentarze do wprowadzanej podwyżki cen żywności. Ja z tego manewru ekonomicznego zapamiętałem, tyle. że zeszyt szkolny "w trzy linie" "podrożał" o kilkadziesiąt groszy... Rodzice mówili, że drożeje wszystko...
W środku tygodnia rodzice wrócili z pracy poddenerwowani. "Podobno strzelali do ludzi..." - usłyszałem...
Później był koniec tygodnia i tato wiszący przy radiu... Gazety zapowiadały wprowadzenie stanu wyjątkowego...
W niedzielę wychodząc z kościoła słyszałem rozmowy dorosłych: " ale jak można strzelać do ludzi i zastraszać strzelaniem..." - mówiła kobieta do kobiety...
I tak czekaliśmy do wieczora, kiedy to pojawił się Nowy. Sytuację opanowano...
Był jeszcze jeden detal z tamtych dni, zapadający w szczególny sposób w świadomości siedmiolatka. W podstawówce w Łodzi, na Widzewie, nad wejściem do sali gimnastycznej (dlaczego akurat tam, tego nie wiem...) wisiało Godło a po obu stronach porterty Gomułki i Cyrankiewicza. Kiedy w poniedziałek przyszedłem do szkoły już ich nie było... Legenda głosiła, że Woźny Szkolny, który przyszedł do szkoły z samego rana, pierwsze co zrobił to wspiął się na drabinę i zdjął te portrety... Szybę rozbił uderzając o kosz na śmieci, a resztę wrzucił do pieca, by obróciły się w popiół... I cały czas przy tym mamrotał: "Jak można? Do ludzi!?"
Co dziś wie o tamtych WYDARZENIACH czterdziestosiedmiolatek, o tym za chwilę...
Inne tematy w dziale Polityka