Referendalna gra w bambuko... Ledwo co Prezydent Andrzej Duda został zaprzysiężony a już podjęto próbę skompromitowania go. Jako usiłowanie skompromitowania głowy naszego państwa postrzegam podsuwanie mu pomysłów dopisania do referendum już po rozpoczęciu kampanii referendalnej nowych pytań... Zagadnienie referendum dość czytelnie reguluje ustawa z 2003r. Może być ono "sejmowe" lub "prezydenckie". W przypadku prezydenckiego, zgodnie z art. 64, ust. 1 Prezydent Rzeczypospolitej przekazuje Senatowi projekt postanowienia o zarządzeniu referendum, zawierający treść pytań lub wariantów rozwiązania w sprawie poddanej pod referendum, a także termin jego przeprowadzenia, a tenże w terminie 14 dni podejmuje uchwałę w sprawie wyrażenia zgody na zarządzenie referendum. Uchwała Sejmu lub postanowienie Prezydenta Rzeczypospolitej o zarządzeniu referendum zawiera: wskazanie podstawy prawnej zarządzenia referendum, treść pytań lub wariantów rozwiązania w sprawie poddanej pod referendum, termin przeprowadzenia referendum oraz kalendarz czynności związanych z przeprowadzeniem referendum. Ustawa nie zawiera przepisu uprawniającego inicjatora referendum do zmiany treści pytań referendalnych po zarządzeniu referendum. Samo referendum jako pomysł na rządzenie Polską postrzegam jako niezbyt trafny środek, jako że zbyt słabo zakorzeniony w polskiej kulturze politycznej. Natomiast referendum zarządzone na 6 września br., postrzegam jako szczególnie nietrafione posunięcie polityczne ówczesnego Prezydenta, obliczone jedynie na potrzeby przyciągnięcia elektoratu w takiej skali, aby odniósł zwycięstwo w drugiej turze, co jak wiadomo nie nastąpilo. Tym niemniej referendum to, chociaż pozbawione racji politycznej, skoro zostało zarządzone, odbyć się musi, bo nowonastałemu Prezydentowi prawo odwołania tej "imprezy" nie przysługuje. Nie przysługiwalo by ono także jego poprzednikowi, gdyby wygrał wybory i zmienił mu się kaprys. Swego czasu temat podobny przerabiałem w kontekście nadzwyczajnej sesji rady miejskiej, mianowicie, czy radnym wnioskującym o zwołanie takiej sesji, po zarzadzenie jej zwołania przysługuje prawo dalszego wnioskowania o jej niezwoływanie jednak, bo im sie "odniewidziało", albo o zmianę przedmiotu obrad. Wyraziłem wówczas opinię, że postępowanie takie jest niedopuszczalne, bo z organu stanowiacego samorządu mojego miasta robiłoby operetkę, w której odwołuje się wodewil z powodu nabawienia się przez divę zapalenia migdałków. Nie można rownież zmieniać pytań referendalnych po zarządzeniu odbycia referendum, co dość jednoznacznie wynika z przepisów ustawy referendalnej. W przeciwnym razie impreza ta byłaby "grą w bambuko". Czym ona jest, tego nie wie nikt, jak wygląda jej plansza, piony i ile osób może brać w niej udział to jest owiane tajemnicą. Zaistniała ona w twórczości Jacka Kaczmarskiego - Jaja w kraju niewyjęte — Solidarność dała ciała, Spawacz gra w bambuko z Glempem, Partia trzyma się na pałach. I od tamtego czasu (tj., od mrocznych dni stanu wojennego) ma swoje miejsce w życiu politycznym (i innych "życiach" rownież) jako określenie zmiany zasad gry w czasie jej trwania. W szczególności może ona służyć jako "manie" przez polityków prawa, a zwłaszcza prawa konstytucyjnego w bardzo malutkim poważaniu i interpretowania go na opak, a zwłaszcza podług własnego "widzimisię", tudzież w celu osiagnięcia chwilowych i bardzo partykularnych korzyści. Jako "grę w bambuko" ze społeczeństwem postrzegam wychodzące z niektórych kregów politycznych podszepty zmiany pytań referendalnych po rozpoczęciu kampanii. Kręgi polityczne podszeptujace Prezydentowi są dwa, przy czym, że jeden z nich śle te podszepty, by głowa państwa ulegając im skompromitowała się, to mnie nie dziwi. Drugi krąg natomiast, zważywszy na to, że nowy Prezydent jest jego sukcesem oraz na osobę podszeptującą wprowadza mnie w zdumienie. Jak może nazajutrz po zaprzysiężeniu dążyć do skompromitowania nowego Prezydenta partia, która wysunęła jego kandydaturę. Chyba, że czyni to nieświadomie, co tym gorzej dla niej, bo najwidoczniej sukces polityczny już osiągnięty i kolejny rysujacy się w dość realnej perspektywie odebrał jej rozum. Pomysł dopisywania nowych pytań referendalnych porównałbym do zmiany kandydatów na posłów już po zarejestrowaniu list. Powstałaby sytuacja, w której najważniejszy akt polityczny sprowadzony zostałby do taniej komedii. Wiadomo, że kandydat może sam zrezygnować, ale zastępować jednego drugim nie sposób. Podobnie w mającym odbyć się referendum, jako ze problem poruszany przez jedno z pytań został już rozwiązany ustawowo, możnaby co najwyżej pytanie to wykreślić spośród pytań referendalnych.
Inne tematy w dziale Polityka