39
BLOG
Werona po polsku
Fakt medialny. To wyrażenie zagościło już na dobre w słowniku polszczyzny politycznej. Szybkie sprawdzenie w słowniku PWN daje nam następującą definicję - ”informacja rozpowszechniana w prasie lub mediach elektronicznych, niezgodna z prawdą, ale mająca wpływ na opinię publiczną”. Od kilku dni niektórzy publicyści i dziennikarze „lepią” taki „fakt” z podziwu godnym uporem. Nowa partia pod egidą Jana Marii Rokity i Kazimierza Marcinkiewicza. Oto nowy „ulepek” umysłów dziennikarskich. A „lepią” go oni z nadzwyczaj lichej gliny – porażki wyborów warszawskich i krakowskich oraz sporej wiąż popularności obu polityków. Zapominają o pewnych „drobnych szczegółach”. Założenie partii wymaga odpowiedniego potencjału finansowego i infrastruktury (chociażby oddziały terenowe czy głownie organy statutowe). Z drugiej strony deficyt środków to nie jedyny problem tego wyimaginowanego ugrupowania. Rozpisywanie się o wielkiej popularności która miałaby niemalże ponieść tłum na barykady też, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą. Wszyscy pamiętamy jak wielką popularność dostawał w sondażach Zbigniew Religa i jak skończyła jego Partia Centrum. W Platformie wojna podjazdowa z Rokitą zaczęła się dobry rok temu. „Premier z Krakowa” nie mógł doczekać się mianowania na szefa klubu. W miarę jak siła konia pociągowego, jakim stał się za sprawą Komisji Śledczej, malała co raz to na światło dzienne wychodziły konflikty miedzy jego grupą, a ludźmi Schetyny. Sprawa wyborów krakowskich była tylko pretekstem dla silnego ataku na przeciwną frakcję. Dzisiejsze ujawnienie stenogramów z zebrania partii nie może być też traktowane inaczej. Wydaje się, że przewodniczący Platformy popełnia błąd starając się pozbyć (lub choćby zmarginalizować) polityka o takim potencjale (ale jego motywy to nie temat moich dzisiejszych dywagacji). Nie zmienia to faktu, że Rokita ma dziś najsłabszą pozycję od czasu afery Rywina. Paradoksalnie zupełnie odwrotna jest sytuacja Marcinkiewicza. Mimo przegranej nie stał się pariasem, a prominentni politycy partii rządzącej (z premierem na czele) kuszą go udziałem w rządzie. Nie jest prawdą teza o strachu jaki budzi w Jarosławie Kaczyńskim nazwisko byłego premiera jako potencjalnego kontrkandydata. PiS jest i jeszcze długo pozostanie „partią braci Kaczyńskich” i to nie z powodu strachu, ale autorytetu i szacunku dla liderów. Obecny premier (w odróżnieniu od Donalda Tuska) widzi i potrafi wykorzystać możliwości drzemiące w medialności swoich kolegów partyjnych. Wysoki wynik w Warszawie potwierdza tylko, że start Marcinkiewicza nie był banicją, ale celową strategią, gdyż był on jedyną osobą mającą realne szanse na zwycięstwo. Ze swojej sytuacji doskonale zdają sobie sprawę tak doświadczeni i obyci politycy jak Rokita i Marcinkiewicz. Dlatego też czym prędzej na wieść o „fakcie medialnym” pospieszyli z zapewnieniami, że pozostają w swoich ugrupowaniach. Nie przeszkadza to jednak co niektórym dziennikarzom kreślić wizję dwóch walczących rodów Capulettich i Montecchich (w tej roli PO i PiS) oraz wzajemnej miłości ich członków (Jana Marii i Kazimierza). I choć to piękny obrazek niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Po prostu polska scena polityczna nie jest Weroną…


Komentarze
Pokaż komentarze (3)