57
BLOG
Moja ulica murem podzielona, czyli totalna polaryzacja
Znowu o polityce. I to w Święta. Zgroza… Czytam sobie skądinąd bardzo ciekawy wpis Elizy Michalik sprzed kilku dni. Pani redaktor punktuje ostatnie działania rządu ze szczególnym uwzględnieniem nowej posady Kazimierza Marcinkiewicza. Pod sam koniec rzuca jedno zadanie: aby nie zrozumieć jej źle, iżby była stronniczką Platformy. I to jest obecnie bardzo widoczne zjawisko – polaryzacja. Oto dwa obozy, oba zachowują się jakby, nie przymierzając, znajdowały się w okopach Świętej Trójcy. Wielki medialny bój. Co w tym szczególnego? Nic – mógłby ktoś odpowiedzieć. I miałby całkowitą rację, ale z tego „nic” próbuje się zrobić „coś”. Takie postrzeganie sceny politycznej jest oczywiście na rękę dwóm głównym partiom politycznym. Wszystkie atuty systemu „my i oni” działają na ich korzyść. Przede wszystkim jasna definicja wroga. Są nimi w zależności od „ideologii” konserwatorzy startego „układu” lub burzyciele „tyle lat budowanej III RP”. Takie czarno-białe widzenie sprzyja też konsolidacji grupy oraz przejmowaniu nowych „wyznawców”. W spolaryzowanym świecie nie ma miejsca dla środka – „jesteś z nami lub przeciwko nam”. Nie wdając się w szczegóły „partie trzecie” (posłużmy się tą terminologią dla nazwania ugrupowań nie będących stroną rywalizacji) nie są w stanie zmienić tego obrazu, którego głównymi (lub wręcz jedynymi) beneficjentami są dwaj wielcy antagoniści. Nie dziwmy się więc politykom, że z takim uporem tłoczą nam w głowy tą łatwą w odbiorze (a więc nie wymagającą wysiłku intelektualnego) wizję. Gańmy jednak dziennikarzy, którzy im ulegają. Ile to razy zaglądając do gazety/Internetu napotykamy się na elaborat, podpisany znanym nazwiskiem, wydający się niemal napisany na zlecenie politycznych konkurentów. Ale nic z tych rzeczy. Publicysta po prostu „wpadł”. Wpadł w matnię „dwukolorowego świata”. Nie dość, że wizja ta sama w sobie jest kusząca (bo łatwa) to jeszcze on sam jest pchany w którąś ze stron. Wystarczy, że publicysta napisze kilka (nawet i całkowicie obiektywnych) artykułów wytykających jednej ze stron jakąś je oczywistą wadę, a już zaczyna się masowe szermowanie etykietkami – „reżimowy” „z układu”. Obrona przed takimi „mocnymi argumentami” staje się walką z wiatrakami i często wręcz wpędza w okopy jednego z obozów. Oczywiście określenia te są równoznaczne z „nieobiektywny”, „sprzedajny”, a sama osoba trafia pod ogień krytyki. Wtedy już łatwiej przyjąć wyciągniętą dłoń drugiej strony i już rzeczywiście wpaść w dychotomiczne widzenie świata. „Nie ma ucieczki od gęby, jak tylko w inną gębę”. I tym sposobem z powodu intelektualnego lenistwa albo poddania się zaszufladkowaniu (lub po trochu z obu tych powodów) człowiek budzi się jako większy lub mniejszy akolita jednej ze stron. Potrafi jej wybaczyć wiele, być wyrozumiały dla jej wad albo czasami zwyczajnie ugryźć się w język i złagodzić ton. Dalej jednak zachowuje swoje dawne walory, lecz kieruje je teraz w jednym tylko kierunku. Może być tak samo dobry jak wcześniej, równie kąśliwy czy bezkompromisowy, ale popełnia największy grzech dziennikarstwa – gwałt na obiektywizmie. Zapomina, że wytyczną ma być zdrowy rozsądek (nie briefingi liderów partii), że nie ma „złych i dobrych” (którym należy się taryfa ulgowa) i, co najważniejsze, że ma służyć prawdzie. Są jednak dziennikarze, którzy nie zatracili zdrowego oglądu. Ale i oni muszą walczyć z szufladkowaniem. Po każdej krytycznej uwadze ciśnie się na ustach zdanie, że nie jest się stronnikiem frakcji przeciwnej. I doskonale rozumiem Elizę Michalik, że stawiając na pierwszym miejscy zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd musi tym stwierdzeniem dawać sobie glejt bezstronności, zamiast pozwolić by na świadectwo starczyła jej praca. PS. Mam nadzieję, że pisaniem o polityce w Świeta nie skazuję sie na salonowy ostracyzm :) Życzę wszystkim Weslołych Świąt (choć już prawie po) i dobrej zabawy sylwestrowej. A niektórym dziennikarzom aby zmienili czarno-białe widzenie świata na biało-czerwone (ale akurat takowych na Salonie nie ma :-) )


Komentarze
Pokaż komentarze