Jakub P. Cygan Jakub P. Cygan
19
BLOG

Poza dobrem i złem (czyli o moralności polskiego Kościoła)

Jakub P. Cygan Jakub P. Cygan Polityka Obserwuj notkę 2

Nominacja arcybiskupa Wielgusa otworzyła w  polskim Kościele puszkę Pandory. Okazało się, że jeden z najwyżej postawionych w hierarchii duchownych świadomie i dobrowolnie działał na szkodę swojego narodu, a szczególności środowisk, na które donosił. Wedle dokumentów, które wszyscy mogli obejrzeć w Internecie za swoją „pracę” otrzymywał upominki i pomoc w karierze (aby nie ugrzązł na stanowiskach na których czuł się „ciasno”).

 

I co z ujawnienia tych faktów wynikło? Burza? Wrzenie w Kościele? Bicie się w piersi na zaniechania przeszłości? Deklaracje jak najszybszego przeprowadzenia lustracji?

A skąd!! Właściwie to nic się nie stało. Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień.

 

Metropolita lubelski Józef Życiński, na krótko przed przyznaniem się do „błędów” przez JE Wielgusa, mówi, że „jedyną osobą, która może oceniać zgodność z prawdą dokumentów jest arcybiskup Stanisław” (cytat z pamięci). Po czym dodaje, że trzeba teraz czekać, bo pośpiech jest nie wskazany.  Metropolita senior Bolesław Pylak forsuje tezę o próbie zniszczenia człowieka oraz nagonce mediów i dodaje, że mógłby sobie „głowę uciąć” za kryształowość arcybiskupa.

 

Do czasu publicznego ujawnienia dokumentów polski Kościół był jak skała. Ale to zapewne nie o taką skałę chodziło Jezusowi w rozmowie ze św. Piotrem. Polscy hierarchowie niezwykle solidarnie bronili i oskarżali (media o nagonkę).

 

Kościół w Polsce był, jest i, mimo wszystko, pozostanie cieszącą się największym zaufaniem instytucją. Pracował na to od wieków, a szczególnie dając przykład odwagi w latach represji komunistycznych. Po odzyskaniu suwerenności (a może jeszcze wcześniej) coś się jednak stało. Powstała grupa w pewien sposób od siebie nawzajem zależna, ale przede wszystkim gotowa przyjść z pomocą współczłonkom. Gotowa służyć pasterską inwokacją o spokój i rozwagę oraz bagatelizowaniem wszelkich symptomów problemu. Zastąpiono służbę prawdzie i Kościołowi służbą kunktatorstwu i dostojnikom Kościoła. Faktycznie trawersowano zasadę „Roma locuta, causa finta” dając prawo do ucinania dyskusji (i wyrażania potępienia za „ataki”) każdemu biskupowi.

 

I znaczna części wiernych akceptowała takie zachowanie. Wszakże biskupi posiadali autorytet. Jednak autorytet ten pochodził z instytucji jaką reprezentowali, a nie z ich osobistych osiągnięć czy przymiotów.

 

Nawet jeśli, co twierdzi wielu publicystów, w Episkopacie istniały różne grupy to w swoich ramach zawsze mogły liczyć na wsparcie i życzliwe pióro sympatyzujących publicystów. Nie istniał natomiast, dla kontrastu, „konflikt” miedzy nimi. Celowo słowo „konflikt” wziąłem tu w cudzysłów, gdyż nie chodzi tu o jakąś wzajemną połajankę czy starcie interesów, ale o „spór o prawdę’ – sytuacje, w której ktoś zdecyduje się przełamać obecną niemoc i towarzyszący jej status quo aby polski Kościół zmierzył się wreszcie z narastającymi problemami. Jednak tak się nie stało, hierarchowie siedzieli we własnych okopach wraz z gwardią akolitów tworząc „kołka wzajemnej adoracji”.

 

Nie jest nawet widome czy Watykan był dobrze poinformowany to stanie „uduchowienia” polskich dostojników. Według niedawno ujawnionych informacji nuncjusz apostolski był wielokrotnie informowany o przeszłości kandydata na stolec arcybiskupi w Warszawie. Informacje te jednak nigdy nie zostały przekazane do papieża. W tym kontekście zasadne wydaje się stwierdzenie, że również papieski wysłannik stał się częścią tego „kościoła w kościele”. Zwykle aby zapewnić niezależność nuncjusza od krajowej hierarchii jest on innej narodowości. Przypadek polski jest wyjątkiem i wydaje się, że ostatnimi czasy ten wyjątek niezbyt dobrze funkcjonuje.

 

Kolejne sprawy wychodziły na światło dzienne na przestrzeni ostatnich lat. Były to kwestie, które, dla dobra Kościoła, wymagały interwencji (lub choćby zajęcia wyraźnego stanowiska) przez Episkopat. Hierarchowie zamiast być dla wiernych latarnią tonęli powoli w lakonicznej epistolografii. Władze kościelne stały się, używając terminologii Elizy Michalik, rozmemłane.

Najbardziej głośne sprawy takie jak nadzór nad Radiem Maryja czy problem arcybiskupa Petza były konsekwentnie wypierane ze świadomości. Wprowadzono relatywizm moralny, inne nakazy etyczne wobec wiernych, a inne wobec duchownych. Czyny stały się kategorią „poza dobrem i złem”.

 

Ale jak mówił Abraham Lincoln: „Można oszukiwać wielu ludzi jakiś czas, a niektórych ludzi cały czas, ale nie można oszukiwać cały czas Narodu”. Ostatnie działania „umiaru i rozsądku” wobec agenturalnej przeszłość arcybiskupa nie zwiodły Kościoła (przez wielkie „K”). Ludzie otwarcie wyrażali niesmak jaki odczuwają w zaistniałej sytuacji. Tylko kilka procent, wykrzykujących dziś w archikatedrze „zostań z nami”, bezkrytycznie wierzy w swojego, byłego już, pasterza.

 

Czy ten sprzeciw wobec relatywizmu moralnego i kunktatorstwa będzie trwał? Czy była to kropla przepełniająca kielich i wieszcząca zmiany w Episkopacie? Nie wiadomo, choć ja ośmielam się wątpić. Jedno jest pewne – nie jest to już Episkopat, który z odwagą mówił „non possumus*”

 

 

*  non enim possumus quae vidimus et audivimus non loqui -  albowiem nie możemy tego cośmy widzieli i słyszeli nie mówić

Studiuję. O ile czas, a przede wszystkim chęci mi pozwalają to piszę. "Ciężko się żyje o suchym chlebie, za to nikt grobów nam nie rozgrzebie..." "Lecz większość śpi nadal, przez sen się uśmiecha, a kto się zbudził nie wierzy w przebudzenie..."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka