Zakończyły się rozmowy rządu z górnikami. Właściwie powinno się pisać „rozmowy”, bo tego co jest udziałem tej grupy zawodowej dialogiem nazwać nie można.
Jaki jest rezultat? Ano taki jak zwykle.
Rząd uległ albo nawet poległ. Ale nie zrobił tego „z bronią w ręce”, ale spiesznie zaakceptował wszystkie żądania na sam dźwięk słowa „strajk”. W codziennym życiu tej rejterady nie można by nazwać inaczej niż tchórzostwem.
Przyjrzyjmy się bliżej co rząd „zaproponował” lobby górniczemu w naszym imieniu (i naszym kosztem).
Primo. Utrzymanie zasady „czy się stoi czy się leży…”. Ta znana i lubiana z czasów Polski Ludowej maksyma była jednym z głównych postulatów związkowców. Obecnymi czasy nosi nazwę „skreślenia zapisu o powiązaniu wzrostu płac z wydajnością pracy”. Zapewne górnicy są dobrem samym w sobie i nie ma znaczenia czy robią coś produktywnego. Nie wspominając już o tym czy to „coś” można sprzedać.
Secundo. Górnicy (poprzez swoje związki) muszą wyrazić zgodę na prywatyzację każdej kopalni z osobna. To, że takiej zgody nie wyrażą jest chyba nad wyraz oczywiste. Dobrowolnie nie pozbędą się przecież możliwości szantażu. Z doświadczenia wiedzą, że manifestacje pod Sejmem połączone z paleniem opon i rzucaniem kamieniami zawsze skutkują. Pokazał to choćby dwa lata temu kandydat Cimoszewicz, który osobiście przekazał informacje o spełnieniu ich postulatów.
Tertio. Rząd odbierze całemu społeczeństwu jego zapracowane pieniądze i przekaże kopalniom. Ta publiczna kradzież pieniędzy nosi w obecnej nowomowie miano „dokapitalizowania”. W przeciwieństwie do nas górnicy nie muszą się martwić by ich praca przynosiła jakieś zyski. Ich nikt przecież za to nie zwolni, a straty pokryją wszyscy podatnicy. W tym roku „wynegocjowano” na to 170 mln zł.
Warto na parę chwil zając myśli ministrem Poncyliuszem. Ten młody poseł, który w powszechnej świadomości zapisał jako uczestnik akcji TVN „miesiąc za 500 zł (czy coś w tym stylu), kreowany był na człowieka od „brudnej roboty”. W przeciwieństwie do swoich poprzedników miał nie ulec presji i zająć się tym nierozwiązanym od zmiany ustroju problemem. Nikt chyba nie liczył na rewolucję, ale władze miały przynajmniej „pokazać pazur”, że wszystkich obywateli traktują równo.
Wystarczyła tylko zapowiedz strajku i władze uległy. Wystarczyło przeprowadzenie referendum i rząd uznał, że to czego chcą górnicy jest korzystne dla całego społeczeństwa.
W tej sytuacji ministrowi Poncyliuszowi należą się życzenia „szczęść Boże”, bo będzie on tego szczęścia potrzebował jeśli chce zapisać się w historii jako reformator polskiego górnictwa.
Jako Post Scriptum (albo świadectwo stanu świadomości górniczych liderów) przypomnę pytanie referendalne, na które w ubiegły czwartek odpowiadano na Śląsku:
"Czy w związku z przyjętą przez Ministerstwo Gospodarki "Strategią dla górnictwa na lata 2007-2015", która swoimi zapisami doprowadzi do zagrożeń w funkcjonowaniu układów zbiorowych pracy, obniżeniu płacy, prywatyzacji sektora, sprzedaży i likwidacji kopalń, stopniowej likwidacji sektora, jesteś za strajkiem generalnym w górnictwie węgla kamiennego?”


Komentarze
Pokaż komentarze (4)