Blog
Z prawej strony
Jan Żaryn
Jan Żaryn Historyk, dr hab., prof. UKSW i były doradca Prezesa IPN
99 obserwujących 24 notki 120757 odsłon
Jan Żaryn, 5 lipca 2011 r.

Prywatna historia IPN

2697 10 0 A A A

Drogi Antoni,

Postawiłeś mi wiele pytań, na które - w sposób wyczerpujący - odpowiem dopiero w ksiązce - wspomnieniach o IPN. Zamierzam je kiedyś napisać. Trzymam swój dziennik z tamtych miesięcy i lat, a chociaz był on pisany nieregularnie, to jednak jego wartość tylko wzrasta (biorąc pod uwagę utratę pamięci).

Myślę sobie, że Janusz Kurtyka miał bardzo spójny program organizacyjny prowadzenia IPN. Chciał, by wszystkie piony, a szczegolnie BUIAD (archiwum), BEP i Sekretariat Prezesa stanowiły wspólnotę zadaniową. Nie mógł siłą rzeczy włączyć do tej "rodziny" celów pionu śledczego i lustracyjnego (dziecko po nowelizacji). Nie rozdzielał zatem zbyt jasno kompetencji trzech pionów, a łaczył je w centrali. Jednoczesnie, decentralizował IPN w terenie, gdzie rządzić mieli dyrektorzy Oddziałów. Spotykając się z nimi często spinał w ten sposób tereny w swojej garści. Ta polityka organizacyjna zastosowana przez Prezesa owocowała róznymi napięciami, w tym na styku dyrektor BEP (J.Żaryn) a dyrektorzy Oddziałów, którym podlegały także OBEP-y, czy też dyrektor BEP a dyrektor pionu archiwalnego, czy Sekretariat. Nie traktowałem jednak tego w kategoriach "pola walki", bo przcież chodziło o to, by pracować przy konkretnym zadaniu wspolnie. Miejscem starcia były zresztą - jak pamiętasz - spotkania cotygodniowe z Prezesem. Przykładowo to ścieranie się w obrębie wykonywania jednego zadania wyglądało nastepująco: myśmy w BEP-ie wraz z Sekretariatem Prezesa, czyli Dorotą Kalitą, wymyślali kolejne wkładki do gazet, a stronę merytoryczną załatwiali pracownicy Biura, organizacyjno-finanoswą zaś Sekretariat. Źródłem władzy i decydentem i tak był Prezes, tak wobec Doroty, jak i wobec mnie.  Podobnie, kompetencje archiwum i BEP nachodziły na siebie na wspolnym terenie wydawnictwa, które podlegało BEP-owi. Jednoczesnie w pionie archiwalnym była komórka wydawnicza, która zajmowała się edycją źródeł. Kompromis polegał na tym (to samo dotyczyło tzw. ścieżek oddziałowych wydawnictwa) iż dyrektor BEP - po otrzymaniu zamówionych recenzji - ostatecznie kwalifikował bądź przesuwał do poprawy wszystkie prace majace wyjść w Instytucie. Oczywiście, osobne prawo w tym względzie także przysługiwało Prezesowi, który np. przyjmował projekt okładki (po znanym spięciu ze mną w sprawie okładki dzieła milenijnego z 2006 r.). Przykładów można mnożyć.

Poruszasz w swojej książce sprawę mojej rzekomej porazki dotyczącej usuwania niechcianych przeze mnie naczelników OBEP-ów, którzy byli bronieni przez Dyrektorów Oddziałów. Otóż, rzeczywiście zamierzałem zwolnić kilku naczelników, i w latach 2006 - 2009 udało się przekonać Prezesa, iż to ja mam rację. Byli oni mianowani za czasów prof. Kieresa. Nie bedę podawać nazwisk, ale jeden z nich (prywatnie sympatyczny człowiek) był członkiem partii komunistycznej w latach 80-tych, co moim zdaniem nie wykluczało go z pracy, ale nie powinien (w odróznieniu ode mnie, który nie był członkiem władz PZPR, ani żadnej komórki rządowej) w IPN-ie prowadzić polityki historycznej, w zasadniczy sposób wpływając na jej realizację. Drugi z kolei miał ewidentny konflikt interesów między miejscem pracy w IPN, a drugim: na uczelni, której byli rektorzy z lat PRL notorycznie podejmowali współpracę z UB/SB. Uczelnia ta, nie skora dziś, do samooczyszania się miała zatem realny wpływ na pracowników IPN, którzy odważnie próbowali walczyć o prawdę. Wg ich słów byli realnie tępieni przez owego naczelnika. I w obydwu przypadkach przekonałem Janusza Kurtykę. Czy to znaczy, ze zawsze ja wygrywałem? Oczywiście nie! podajesz przykład dyr. Krzysztofa Zająca, który - czy nam sie podobało, czy nie - znalazł więcej argumentów i przekonał Prezesa iż np. IPN nie może pozwolic sobie prawnie by stac się także (jak tego chcielismy, razem z dr Łukaszem Kamińskim) klasycznym instytutem naukowym. Udało nam się, przy Twojej pomocy, utworzyć stypendia naukowe dla doktorantów i habilitantów, z czego korzystają do dziś pracownicy wszystkich pionów IPN-owskich (a nie tylko BEP-u), jak nam imputowano.

Piszesz, że nie przekonałem Cię w kwestii mojej kandydatury na dyrektora BEP. Trudno. Muszę ci jednak arbitralnie i bez dowodów powiedzieć (bo jak widzę nie chcesz ich widzieć sam), że - mój drogi - właśnie dlatego, że myslę w kategoriach interesu narodowego, jestem faktycznym zwolennikiem pluralizmu - więcej, gwarantem poszanowania tej i innych wartości, które wypływają z bezwzględnego (a nie realatywnego) szacunku do człowieka. I nie zamierzam w ogóle na ten temat dyskutować. Ja to wiem i to mi wystarcza. Albo sie to rozumie, albo nie! Zatrudniając - jak piszesz - kilku "narodowców", jednoczesnie zatrudniłem kilkunastu "liberałów", o czym nie piszesz. Debata polega na tym właśnie, że nie manipuluje się  - czyli nie kłamie. Jeden z tychże nieudanych twoim zdaniem "narodowców" zrobił doktorat i założył jedno z najlepszych pism naukowych w Polsce, a drugi został zatrudniony w Poznaniu, gdzie - za czasów "pluralizmu" werbalnego - nie było nikogo, ktoby zajmował się ruchem narodym. Przyznaj, że to kuriozalne! - chyba, ze nie znasz dziejów Wielkopolski, to nie przyznawaj. Tę oczywistą regułę rozumie np. prof. Jerzy Eisler ("liberał"), który takze zatrudnił "narodowca" zdając sobie sprawę, że trudno pisać o "Żołnierzach wyklętych" nie zauważając istnienia NZW i NSZ na ścianie wschodniej (konkretnie na Podlasiu). Ta cecha z kolei - czyli braku tolerancji - , dotykała skądinąd świetnych historyków z Oddziału lubelskiego, którzy jednak nie potrafi napisać o ruchu narodowym żadnego pozytywnego zdania. To oni jednak uchodzą i uchodzili za historyków otwartych. (Na marginesie, ostatnią moją decyzją było ustanowienie - na co wyraził zgodę Janusz Kurtyka - następcą Rafała Wnuka na stanowisku faktycznego redaktora  naczelnego "PiS"-u dr Sławomira Poleszaka, z tej samej "stajni"). Pluralizm nie polega na tym, że faworyzuje się osoby myslące podobnie do mnie, jak wiesz - to łatwe. Niestety, w latach 2006-2009 doświadczyłem tyle zdarzeń świadczących o nietolerancji przedstawicieli tzw. strony "liberalnej", że nie jeden na moim miejscu, "wykosił" by ich ze stanowisk naczelników natychmiast. Mówili mi zresztą bym to zrobił, bo i tak wdzięczności nie zaznam. I tu mieli rację. Wiem za to na pewno iż to nie ja jestem do cna zakłamany.

Opublikowano: 05.07.2011 10:22.
Autor: Jan Żaryn
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Członek Komitetu dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów. Historyk, specjalizuje się w dziejach Kościoła katolickiego w Polsce, w historii: emigracji po II wojnie światowej, obozu narodowego i w relacjach polsko-żydowskich. Autor wielu książek, artykułów naukowych i popularnonaukowych; publicysta. Filister „Arkonii”; działacz społeczny. Żonaty, ojciec trójki dzieci, dziadek trójki wnucząt.

Facebook Instytutu Pamięci Narodowej

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Drogi Panie Igorze Bardzo proszę o umieszczenie mojej notki na nieco bardziej honorowym...
  • @Almanzor Przeczytałem uważnie wszystkie wpisy; dziekuje przede wszystkim za nowe informacje,...
  • @Julian Arden Dziękuję za burzliwą dyskusję; za dużo wątków, by na wszystkie głosy...

Tematy w dziale Kultura